Pewnego dnia, mój mąż postanowił, zamontować na naszym domu kamerę. Słysząc od znajomych ze wsi, opowieści o drobnych kradzieżach, chciał w ten sposób zabezpieczyć naszą posiadłość. Nie odwodziłam go od tego, choć nie widziałam w tym większego sensu. Specjaliści zainstalowali sprzęt w godzinę.
Powiesiliśmy ją na werandzie domu, pod dachem. Takie umiejscowienie kamery, pozwalało nam na objęcie zasięgiem warzywniaka i ogrodu. Ujęcia można było oglądać także na żywo, dzięki specjalnej aplikacji na telefonie. Kiedy oglądaliśmy pierwsze nagrania, śmialiśmy się bardzo długo. Kamera została zainstalowana wieczorem, więc nikt z sąsiadów nie widział, co się dzieje. Nikomu nie mówiliśmy o tym. W końcu to nasza sprawa, co robimy u siebie.
Kilka dni później, postanowiliśmy zobaczyć, co zostało zarejestrowane, gdy byliśmy w pracy. Jak tylko pojawił się pierwszy materiał, zaczęliśmy się śmiać. Okazało się, że gdy nie było nas w domu, nasza sąsiadka, regularnie przychodziła na nasze podwórko, o czym przekonaliśmy się, oglądając nagrania przez kilka dni. Jak było widać, czuła się jak właścicielka naszego terenu. Zrywała zieleninę, zbierała borówki, warzywa, jabłka, wszystko, co da się zjeść. Ciekawe jest to, że kiedy nie mieliśmy kamery, nie zauważyłam tego. Sprytna kobieta, brała wszystkiego po trochu, tak, aby zatrzeć po sobie ślady.
Jednak najśmieszniejszy moment był wtedy, kiedy biegała po ogrodzie, robiąc zdjęcia moim kwiatom i krzewom, a następnie komuś je wysyłała. Na nagraniu wyraźnie było widać, jak chodziła z telefonem i z kimś rozmawiała, niestety nie było dźwięku. Przybliżała telefon do kwiatów, potem z powrotem do twarzy, tłumaczyła coś i gestykulowała.
Odniosłam wrażenie, że chwaliła się komuś wszystkim, co tam rośnie, mówiąc, że to jej. Do tej pory myślałam, że moja sąsiadka to normalna kobieta. Nigdy nie pomyślałam o niej inaczej, nie miałam takiego powodu. Nie żal mi owoców, które zebrała na naszej działce. Poprostu czuję się nieswojo z tym, że ktoś rządzi sie w moim ogródku.
Nie na darmo stawiamy płoty między naszymi domami i działkami. Bardzo ciekawiło mnie, którędy ta kobieta wchodziła na nasze podwórko, bo brama była zamknięta. Oczywiście wszystko się wyjaśniło. Na końcu ogrodu, mamy ogrodzenie z siatki, jest ono niższe, niż z przodu. Postawiła sobie drabinkę, po drugiej stronie krzesło i tak przechodziła.
Wracała tą samą drogą. Po tym jak mój mąż dowiedział się o tych wizytach, zrobił wysoki płot z desek i sąsiadka już nigdy nie wróciła. Nie powiedzieliśmy jej, że widzieliśmy ją na naszej działce. Z jakiegoś powodu, nie czuję się komfortowo, aby poruszać przy niej ten temat, ale skończyło się na rozmowie o kamerze. Była zawstydzona, jednak nie pokazała tego. Gdyby nie kamera, prawdopodobnie nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli.