Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że głęboka wiara w Boga spowoduje kryzys w moim małżeństwie, to pewnie nigdy bym w to nie uwierzyła. Dzisiaj jednak nie mogę powiedzieć tego samego, czego niegdyś byłabym pewna.
Jesteśmy małżeństwem już od 15 lat. Zawsze uważałam nas za zwykłą rodzinę, która się niczym nie odróżniała od innych. Teraz uważam jednak zupełnie inaczej. Pięć lat temu pewna sytuacja wywróciła nasze życie do góry nogami. Mąż uległ wypadkowi i przeżył chyba tylko dzięki cudowi. Po tym stał się głęboko wierzącym człowiekiem. Na początku wszystko było w porządku i można powiedzieć, że wiara zmieniła mojego małżonka na lepsze, ale z czasem zaczął wymuszać na mnie i dzieciach, abyśmy zaczęli żyć w ten sam sposób co on.
Zgodnie z jego życzeniem wzięliśmy jeszcze ślub kościelny, potem zaczął przestrzegać postu w święta i w ogóle bardzo często chodził do kościoła. Przestał utrzymywać kontakt ze swoimi przyjaciółmi, ponieważ jego zdaniem prowadzili “grzeszny” styl życia. Naszej dziesięcioletniej córce zabronił zakładania dżinsów i bluzek na ramiączkach, co doprowadziło do wielkiej awantury między nami. Moje zachowanie również mocno krytykował, jednak tym, co mnie najbardziej zdenerwowało był fakt, że zadecydował o tym, iż nie powinniśmy stosować antykoncepcji, bo to “nie po bożemu”.
Mieliśmy już 10-letnią córkę i 5-letniego syna i wtedy chciałam mieć jeszcze jedno dziecko, dlatego nie protestowałam, bo szczerze mówiąc miałam też już dość tych nieustannych awantur, który między nami nieustannie wybuchały. Wkrótce zaszłam w ciąże, ale nie było tak lekko, jak myślałam – większość czasu musiałam leżeć i się oszczędzać, a dziecko musiało przyjść na świat poprzez cesarskie cięcie.
Po urodzeniu trzeciego dziecka ostrzegłam małżonka, że po cesarskim cięciu lekarze zabraniają kobietom zachodzenia w ciążę przez następne 2-3 lata, dlatego zaproponowałam stosowanie środków antykoncepcyjnych, ale był zdecydowanie temu przeciwny. Wtedy powiedziałam o tabletkach antykoncepcyjnych, chociaż nie za bardzo lubię je brać, gdyż zwykle po nich tyję. Próby przekonania męża zakończyły się kłótnią, której efektem było powstrzymanie się od współżycia przez następne sześć miesięcy. Potem postanowiłam spróbować obliczać dni płodne\niepłodne korzystając z metody kalendarzyka.
A wszystko to przez to, że małżonek nagle stał się bardzo wierzący. Na początku nawet myślałam, że wstąpił do jakiejś sekty, ale tak naprawdę nagle postanowił żyć zgodnie z zasadami kościoła mówiąc, że dziecko to dar od Boga, więc trzeba je przyjąć, a nie bronić się przed nim. Niestety, sam nie angażuje się w wychowanie dzieci i nie zdaje sobie nawet sprawy, jakie to trudne. Przez to wszystko kłótnie przybrały jeszcze bardziej na sile.
I tak znowu zaszłam w ciąże, już czwartą. Prowadziłam kalendarzyk naprawdę starannie ale coś musiało pójść nie tak. Oczywiście opcja przerwania ciąży nie była nawet przeze mnie proponowana, ponieważ wiedziałam, jak zareaguje maż. Sytuacja powtórzyła się i ta ciąża była równie trudna jak poprzednia. Po ciężkim porodzie zdecydowałem, że nie będę już rodzić i poszłam do ginekologa, aby dobrał mi odpowiednie pigułki antykoncepcyjne. Mąż oczywiście nic o tym nie wiedział i nie wie do dzisiaj.
Biorę tabletki w tajemnicy przed mężem. Czwarta ciąża negatywnie wpłynęła na moje zdrowie, dlatego nie zamierzam już więcej rodzić. Mąż planuje kolejne dzieci i mówi, że skoro jestem jeszcze w wieku rozrodczym to musimy to wykorzystać, widzi w tym naszą szansę. Problem w tym, że mam już 37 lata, więc ile jeszcze mogę urodzić dzieci? Co roku mam być w ciąży? Mnie osobiście już wystarczy. Niedawno zaproponowałem małżonkowi, aby trochę zwolnił i pozwolił mi odetchnąć z narodzinami kolejnych dzieci, ale w odpowiedzi usłyszałam całą tyradę o tym, że to nie my o tym decydujemy.