Aleksiej wracał do domu pieszo. Śnieg tak gęsto pokrył podwórze, że nie było widać nawet asfaltu. Panowała cisza, tylko od czasu do czasu słychać było skrzypienie śniegu pod stopami. Szedł bez pośpiechu, z rękami głęboko schowanymi w kieszeniach, twarz już zaczynała mu marznąć.
„Dobrze byłoby napić się gorącej herbaty” – przemknęło mu przez głowę.
Ostatnie kilka tygodni ciągnęło się jakoś szczególnie mozolno i Aleksiej marzył tylko o tym, żeby dotrzeć do swojego mieszkania, otulić się kocem i zapomnieć o wszystkim. Ale nie było to takie proste.
Na zakręcie do swojego podwórka zauważył coś dziwnego. Na ścieżce, tuż pod latarnią, coś ciemnego wyróżniało się na białym śniegu.
„Co to za bzdury?” – mruknął pod nosem i podszedł bliżej. Po bliższym przyjrzeniu się, to „coś” okazało się człowiekiem.
Mężczyzna leżał na śniegu, z głową lekko przechyloną na bok. Kurtka była pokryta lodem, czapka zsunęła się na czoło, a twarz wyglądała, delikatnie mówiąc, nieciekawie. Był prawie całkowicie pokryty śniegiem, jakby leżał tu przez większą część wieczoru.
— Hej, co z tobą? — Aleksiej pochylił się i delikatnie dotknął jego ramienia. Brak reakcji.
„Może jest pijany? Albo coś gorszego…” — ta myśl sprawiła, że poczuł się nieswojo. Potrząsnął mężczyzną mocniej.
— Człowieku, żyjesz?
Ten ledwo słyszalnie jęknął, a jego usta lekko drgnęły.
— Głowa… zimno… — dotarło do Aleksieja.
— Och, ty… No cóż, żyjesz, to dobrze — westchnął Aleksiej. Teraz stało się jasne, że nie można go tu zostawić. Problem polegał tylko na tym, że mężczyzna nie mógł samodzielnie wstać. Leżał jak worek z piaskiem, ciężki i bezwładny.
Aleksiej spróbował podnieść go pod pachy i podciągnąć.
— No dalej, wstawaj, kolego. Leżenie tutaj nie przyniesie nic dobrego.
Mężczyzna próbował się poruszyć, ale udało mu się tylko lekko podnieść głowę. Aleksiej poczuł, jak dosłownie zwiotczał w jego rękach.
„No to zaczyna się” — pomyślał.
– Słyszysz mnie? Jak się nazywasz? Gdzie mieszkasz? – kontynuował, potrząsając mężczyzną, próbując jakoś przywrócić mu przytomność.
– Valera… – wykrztusił ledwo słyszalnie. – Tutaj… gdzieś w pobliżu…
– Aha, jasne. „Gdzieś w pobliżu” – to bardzo dokładny adres – mruknął Aleksiej.
Rozejrzał się. Wokół pustka. Żadnych przechodniów, żadnych przypadkowych samochodów. A mróz coraz bardziej się wzmagał. „Wezwać karetkę? Po co, zanim przyjadą, on już zamarznie” – rozmyślał Aleksiej.
– Dobra, Valera, podniosę cię. Ale, cholera, będziesz mi to musiał wynagrodzić, rozumiesz? – powiedział na głos.
Mężczyzna ledwo skinął głową. Aleksiej, przeklinając, podniósł go ponownie i postawił na nogi. A raczej próbował. Walera stał jak na szczudłach, nogi mu się rozjeżdżały, a ciało przechylało się na bok.
— No dalej, Valera. Wyglądasz jak tancerz baletowy, naprawdę. Trzymaj się mnie, bo jeśli znowu upadniesz, nie podniosę cię — wykrztusił Alexei, czując, jak Valera robi się coraz cięższy.
Przeszli pięć metrów i Aleksiej zrozumiał, że nie da się iść tak długo. Każdy krok był trudny, Valera dosłownie wisiał na nim, a śnieg pod stopami ślizgał się jak mydlana podłoga.
– Pamiętasz chociaż, jak się tu znalazłeś? – zapytał Aleksiej, żeby jakoś odwrócić uwagę rozmową.
– Żona… – zaczął, ale głos mu się załamał.
– Aha, żona. No no. Pokłóciliście się, co? I od razu po butelkę? – Aleksiej mówił lekko wyrzutem, ale bez złości.
Valera skinął głową i wymamrotał:
— Wyjechała… potem ja… wypiłem…
— Ach, rozumiem. Pokłóciłeś się, wypiłeś, a potem wyszedłeś na ulicę, tak? Na spacer? — Aleksiej mówił niemal szyderczo, ale bez złości. Sytuacja była absurdalna i przez to nieco zabawna.
— Chciałem… shaurmu… — przyznał Valera.
Aleksiej gwałtownie się zatrzymał.
— Co? — zapytał, patrząc na niego ze zdziwieniem.
— Shaurmu… — wykrztusił ponownie Valera.
Aleksiej omal nie upuścił go z zaskoczenia, a potem głośno się roześmiał:
— Słuchaj, jesteś geniuszem! Całe twoje życie się rozpada, leżysz w zaspach, a myślisz o shaurmie? Mówisz poważnie? Nie, jesteś przystojny, Valera.
— Smaczna… bywa… — Valera próbował się uśmiechnąć, ale wyszło raczej żałośnie. Alexei potrząsnął głową.
— Gdybym wiedział, że szukasz shaury, lepiej poszedłbym i kupił ci. A teraz muszę cię ciągnąć…
Aleksiej mocno trzymał mężczyznę, choć ten wyglądał jak worek ziemniaków. Nie był to duży worek, raczej średniej wagi, ale, szczerze mówiąc, ciągnięcie go po oblodzonej nawierzchni nie należało do przyjemności.
– No to gdzie dalej? – burknął Aleksiej, patrząc na bezwolną twarz towarzysza.
– Tutaj… niedaleko… – wykrztusił ten, ledwo poruszając językiem.
– „Tuż obok”, mówisz? W którą stronę? W górę? W dół? Czy po prostu będziemy błąkać się, aż zamarzniemy na śmierć? – Aleksiej starał się nie złościć, ale zmęczenie i irytacja już dawały o sobie znać.
Mężczyzna najwyraźniej wyczuł jego nastrój, próbował podnieść rękę i machnął gdzieś przed siebie.
— Tam…
— No to mamy, — westchnął ciężko Aleksiej, podnosząc mężczyznę nieco mocniej.
Zrobili kilka kroków i Aleksiej zrozumiał, że nie będzie w stanie ciągnąć go zbyt długo. Mężczyzna prawie czołgał się po ziemi, nogi ślizgały mu się po lodzie jak dziecku, które po raz pierwszy stanęło na lodowisku.
— Słuchaj, umówmy się od razu — zaczął Aleksiej, trzymając go, żeby znowu nie upadł. — Postaraj się nie upadać, a ja nie będę na ciebie krzyczał. Dobrze?
Mężczyzna lekko skinął głową, ale wyglądał, jakby zaraz stracił przytomność. Aleksiej wyprostował się, próbując wziąć głęboki oddech i zebrać siły.
— Czy ty w ogóle rozumiesz, że gdyby cię nie znalazłem, zostałbyś tu na zawsze? Ach, ty, Valera, Valera… — mruknął Aleksiej, czując, jak zaczyna się denerwować.
— Dzięki… — Valera spojrzał na niego zamglonym wzrokiem.
— Tak, dzięki. Dojdziemy do twojego domu — wtedy podziękuję — mruknął Alexei.
Chodzenie po pustych podwórkach było dziwne. Ulice wydawały się nie mieć końca, a śnieg zaczął wbijać się w buty. Aleksiej próbował dodać sobie otuchy myślą, że to wszystko skończy się za pięć, dziesięć minut. Ale wewnętrzny głos natychmiast przypomniał mu złośliwie: „Tak, skończy się. A jeśli on nawet nie pamięta, gdzie mieszka?”.
W pewnym momencie zatrzymali się przed skrzyżowaniem. Valera milczał, ciężko oddychając, opierając się całym ciałem o Aleksieja.
— No i gdzie teraz? Prosto, w lewo, w prawo? Może zaprowadzić cię do najbliższego podwórka? — Aleksiej spojrzał na niego z rosnącą irytacją.
— Prosto… dom jest tam… — wyszeptał Valera, podnosząc rękę.
— No dobrze. Idziemy prosto. Ale jeśli to nie jest twój dom, zostawię cię przy pierwszej ławce i sam sobie radź, dobrze? — powiedział Alexei, ale w głębi duszy wiedział, że tak nie zrobi.
Po kilku minutach Valera już pewniej podniósł rękę i wskazał palcem w stronę:
— Mój dom. Tam.
Aleksiej spojrzał. Zwykły panelowy dom, taki sam jak wszystkie w tej okolicy. Żadnych charakterystycznych cech, nic szczególnego. Ale jeśli Valera jest pewien, to znaczy, że trzeba go tam zawieźć.
— Już prawie jesteśmy. Zbierz się, bo mi już ciężko. Na pewno nie będę cię niósł na plecach — mruknął Aleksiej.
A jednak, pomimo zmęczenia i irytacji, czuł, że postąpił słusznie, nie przechodząc obojętnie.
Kiedy w końcu dotarli do wejścia, Aleksiej prawie nie czuł już rąk. Valera wisiał na jego ramieniu jak worek cementu, a Alexei z wyczerpania nie był już zły, tylko poruszał się bezwładnie.
— No to jesteśmy, pokaż mi swoje pałace — powiedział, patrząc na stare metalowe drzwi z łuszczącą się farbą.
Valera wymamrotał coś niezrozumiałego i niepewnie wskazał palcem domofon.
— Znasz kod? Czy będziemy zgadywać? — Alexei starał się zachować spokój, ale w środku już zaczynał się gotować.
— Znam… 48… 7… 2… — z trudem wykrztusił Valera.
— Świetnie, młody. Ruszaj nogami, bo zaraz nie będę w stanie cię podnieść — mruknął Aleksiej, wpisując kod.
Drzwi zatrzasnęły się i weszli do klatki schodowej. Windy oczywiście nie było – w takich budynkach nie ma wind. Schody były strome, pokryte szarym linoleum, który wyglądał, jakby został położony jeszcze w latach 80.
– Które piętro? – zapytał Aleksiej, mając nadzieję, że nie wyżej niż drugie.
– Czwarty… – wykrztusił ledwo słyszalnie Valera.
– No jasne. A jak inaczej? Przecież nie pierwszy. A co, myślałem, że tak łatwo mi się upiecze? – mruknął Alexei, zaczynając ciągnąć Valerę po schodach.
Każdy krok był dla niego trudny. Valera przesuwał nogi, jakby nie były jego. Na drugim piętrze zatrzymali się. Alexei oparł się o ścianę, ciężko oddychając.
„Daj, stary, odpocznijmy, bo zaraz sam padnę z wyczerpania” — powiedział Alexei, wycierając czoło rękawem.
Usiadł na schodku, spojrzał na Valerę i zapytał: — Czy ty w ogóle rozumiesz, jak doszedłeś do takiego stanu? Żona, shawarma — to wszystko zrozumiałe, ale po co się tak zamartwiać?
Valera tylko westchnął.
— Nie chciałem… po prostu… tak mi się przydarzyło… nie myślałem… — jego głos brzmiał zmęczonym, niemal winnym tonem.
– Nikt nie myśli, dopóki nie upadnie twarzą w śnieg – westchnął Aleksiej. – Dobra, idziemy dalej.
Na czwarte piętro weszli już z trudem, prawie czołgając się. Kiedy dotarli do właściwych drzwi, Aleksiej odetchnął z ulgą.
– No, Валера, dalej, ostatnia prosta. Gdzie klucze?
Валера zaczął grzebać w kieszeniach. Przez trzy minuty w milczeniu przeglądał wszystko, co wpadło mu w ręce – od drobnych monet po jakieś kartki. Алексей patrzył na to w milczeniu, ledwo powstrzymując się, by nie powiedzieć czegoś ostrego.
— Ty się ze mną bawisz, tak? — w końcu nie wytrzymał. — Masz w ogóle klucze?
— Mam… miałem… — wymamrotał Valera, wyciągając pęk kluczy z wewnętrznej kieszeni.
Aleksiej wziął je i szybko otworzył drzwi. Weszli do mieszkania, a Aleksiej od razu poczuł ostry zapach papierosów i alkoholu.
— No to wszystko. Jesteś w domu. Teraz rozbieraj się, zanim zachorujesz, jesteś cały mokry. Zdejmiesz kurtkę, czy przykleisz się do kaloryfera? — zapytał z irytacją Aleksiej.
Valera w milczeniu opadł na podłogę w korytarzu, opierając głowę o ścianę.
— Nie, co to za cyrk. Wstawaj, no! — Aleksiej pochylił się i zaczął ściągać z niego mokrą kurtkę. — Rozumiesz, że mogłeś tam zostać? Po prostu skończyć?
— Rozumiem… — wyszeptał Valera.
Aleksiej posadził go przy kaloryferze i zdjął mu buty. Sam usiadł obok, opierając się o ścianę. Przez kilka minut milczeli.
— Masz herbatę? — zapytał Aleksiej.
Valera skinął głową, ale nie zamierzał wstawać.
— Dobrze, zaraz zrobię herbatę. A ty nie zasypiaj tutaj, dobrze? – powiedział Aleksiej, wstając.
W kuchni było ciasno i panował bałagan. Aleksiej znalazł czajnik, nalał wody i postawił na kuchenkę. W głowie kołatała mu myśl: po co on to w ogóle robi? Ale jednocześnie czuł dziwną satysfakcję.
Wracając do pokoju, zobaczył, że Valera siedzi w tym samym miejscu.
— Hej, jesteś tu? — Aleksiej pomachał mu ręką. — Tylko nie trać przytomności.
„Wszystko w porządku… po prostu… jestem zmęczony” – Valera podniósł na niego wzrok. „Słuchaj, naprawdę… dziękuję”.
„Daj spokój” – Alexei machnął ręką. „Lepiej opowiedz, czy ta shawarma była warta takiej przygody?” – Alexei uśmiechnął się złośliwie.
„Nawet jej nie kupiłem…” – Valera rozłożył ręce.
— Pokłóciłem się z żoną, a ja… głupiec. Wyjechała do przyjaciółki, a ja, jak zawsze, uznałem, że najlepszym sposobem na zapomnienie jest wypicie alkoholu. Wypiłem, a potem zapragnąłem shawrmy. Tak, rozumiem, że to brzmi głupio — Valera zachichotał. — Ale naprawdę wyszedłem na ulicę po shawrmę.
– I co? Kiosk był zamknięty? – doprecyzował Aleksiej, starając się nie śmiać.
– Nie, nawet nie znalazłem kiosku. Poślizgnąłem się gdzieś na ścieżce, upadłem, uderzyłem się w głowę. Potem nic nie pamiętam, aż mnie podniosłeś.
Aleksiej pokręcił głową.
— Nie wiem, jak ci dziękować. Gdyby nie ty… — Valera spojrzał na Aleksieja.
— Daj spokój, nie myśl o tym. Po prostu więcej tego nie rób — Aleksiej poklepał go po ramieniu i wstał. — Dobra, chyba pójdę do domu.
— Jeszcze raz dziękuję — zawołał Valera, gdy Aleksiej już wychodził.
— Nie ma za co. Uważaj na siebie, Valera — odpowiedział Aleksiej i wyszedł.
Na ulicy było mroźno. Ale Aleksiej czuł ciepło. Nie porzucił człowieka. Nawet jeśli tego Valerę widział po raz pierwszy w życiu.