Minęło pięć dni od wizyty w banku.
Nie mogłam spać. Budziłam się w środku nocy z jednym zdaniem w głowie:
„Środki zostały wypłacone…”
Posterunek policji przy mojej dzielnicy wyglądał jak z PRL-u.
Farba na ścianach łuszczyła się, a powietrze pachniało starą wykładziną i papierami.
Podałam swoje dane, pokazano mi drogę na górę.
— „Pani Lidio, mamy nagranie, na którym widać osobę bardzo podobną do pani. Podpis się zgadza niemal w 100%. Jeśli to nie pani — ktoś miał dostęp do bardzo precyzyjnych danych.”
— „Byłam wtedy w szpitalu. Mam dokumentację medyczną. Możecie to sprawdzić.”
Policjant — zmęczony mężczyzna po pięćdziesiątce — westchnął.
— „Dobrze, proszę złożyć oficjalne oświadczenie. Ale do momentu wyjaśnienia sprawy figuruje pani jako osoba podejrzana. To procedura.”
Z duszą na ramieniu poszłam do szpitala.
Pielęgniarka z neurologii, pani Teresa, od razu mnie poznała:
— „Pani Lidia! A jak się pani czuje? Jeszcze pamiętam, że przez pierwsze dni nie mogła pani mówić…”
Z drżącymi rękami tłumaczyłam jej, o co chodzi.
— „Chcą mi wmówić, że w listopadzie wzięłam kredyt… A ja wtedy nie mogłam wstać z łóżka!”
Dostałam potwierdzenie.
Data przyjęcia: 8 listopada.
Data wypisu: 2 grudnia.
Dokładnie ten czas, gdy „ja” spacerowałam do banku i wypłacałam gotówkę.
Z tym wróciłam na komisariat. Tym razem zajął się mną młodszy funkcjonariusz. Inny ton. Inne spojrzenie.
— „Obejrzałem jeszcze raz nagranie z banku. Wie pani, co mnie zaniepokoiło?”
— „Co takiego?”
— „Ta kobieta nie tylko wygląda jak pani. Ona zachowuje się tak, jakby wiedziała dokładnie, co robi. Idzie do konkretnego okienka. Ma gotowe dane. Nie sprawdza niczego. Jakby… już tu była.”
— „To znaczy?”
— „To znaczy, że albo ktoś z wewnątrz jej pomógł, albo mamy do czynienia z oszustwem z wyższej półki. Prawdziwa operacja.”
Zamarłam.
Gdy wróciłam do mieszkania, wszystko wydawało się… inne.
Klamka jakby poluzowana.
Skrzynka na listy porysowana.
Sąsiadka z naprzeciwka, która zawsze była oschła — teraz patrzyła jakoś dziwnie długo.
Wieczorem, otwierając skrzynkę, zobaczyłam kartkę.
Bez koperty. Ręcznie napisana, krzywo:
„ZAMKNIJ TEMAT. I PRZESTAŃ PYTAĆ, KIM JESTEŚ.”
Nie spałam całą noc.
Następnego dnia pojechałam do córki.
Opowiedziałam wszystko.
Nie dowierzała, dopóki nie pokazałam jej kartki.
— „Mamo… To nie są żarty. Zostań u mnie. Albo wyjedź na jakiś czas.”
Gdy wróciłam, postanowiłam zabrać najważniejsze rzeczy.
Zajrzałam za szafę w przedpokoju, gdzie trzymałam segregator z dokumentami.
Zniknął.
Nie było ani zapasowego dowodu, ani aktu notarialnego, ani testamentu.
Na półce została tylko jedna rzecz:
Fotografia.
Świeża. Zrobiona telefonem.
Ja. Śpiąca. W swoim łóżku.
