Były mąż wyrzucił ją do przepaści jak śmiecia, a trzy dni później bawił się na swoim weselu.
Minęło kilka miesięcy. Sroga zima ustąpiła miejsca rozmokniętym drogom i odradzającej się przyrodzie. Oliver był już częścią ich małej rodziny. Thomas nazywał go „dziadkiem” z taką naturalnością, jakby znał go całe życie. Rita, choć wciąż ostrożna, zaczynała znowu oddychać spokojem.
Ale wtedy nadszedł cios.
Pewnego poranka listonosz przyniósł błyszczącą kopertę z pozłacaną wstążką. Rita otworzyła ją i zamarła. Zaproszenie na ślub Nicolasa i Sophie. Termin: za trzy dni. Miejsce: luksusowa willa na wzgórzu — ta sama, o której ona i Nicolas kiedyś marzyli w ich młodych latach.
Z tyłu, eleganckim pismem, widniały słowa:
„Serdecznie zapraszamy na wspólne świętowanie nowego początku.”
Oliver zastał Ritę siedzącą bez ruchu na ganku. Thomas był w szkole.
— Co się stało?
Bez słowa podała mu zaproszenie. Potem, z ledwo słyszalnym głosem:
— Nawet nie ma wstydu. Załatwił to tak, by dzień po zakończeniu sprawy o alimenty ogłosić swoją ślubną bajkę. A ja… ja jestem tu, z dzieckiem, które wciąż pyta, dlaczego tata już nie dzwoni.
Oliver usiadł obok niej.
— Chcesz tam iść?
— Na jego ślub?
— Nie dla niego. Dla siebie.
Trzy dni później, w prostej, granatowej sukience, z Thomasem za rękę i Oliverem u boku, Rita podeszła do willi. W środku grała orkiestra, śmiechy, błysk lamp i elegancka gawiedź. Nicolas, w idealnie skrojonym garniturze, uśmiechał się do gości. Obok niego Sophie, promienna i dumna w białej sukni.
Gdy zauważył Ritę, jego twarz się ściągnęła.
— Co ty tutaj robisz?
— Wysłałeś zaproszenie, prawda?
— To było symboliczne. Nie myślałem, że naprawdę przyjdziesz.
— Ja też nie myślałam, że potrafisz świętować, podczas gdy twój syn nie ma co jeść.
Sophie podeszła, niepewna:
— Przepraszam, ale to nasz dzień. Może nie powinnaś była przychodzić, Rito…
— Przeciwnie, — odpowiedziała spokojnie. — Thomas ma prawo zobaczyć, kim naprawdę jest jego ojciec. A ty, Sophie — z kim bierzesz ślub.
Nicolas chwycił ją za ramię, ale wtedy Thomas powiedział głośno:
— Tato, czemu już nie dzwonisz?
Cisza.
— Narysowałem cię. Mama wysłała rysunek. Dostałeś go?
Sophie zbielała. Nicolas nie odpowiedział.
Rita nie czekała. Odwróciła się bez słowa i ruszyła z powrotem w dół drogi.
Ale tego wieczoru coś w niej pękło.
Kiedy Oliver i Thomas wrócili do domu, Rita tylko szepnęła:
— Przepraszam. Muszę zaczerpnąć powietrza. Potrzebuję chwili.
Weszła na wzgórze za domem, tam gdzie kiedyś Nicolas przyrzekał jej miłość na całe życie. Tam, gdzie byli jeszcze młodzi, naiwni i pełni nadziei.
Na szczycie, nad przepaścią, szumiały drzewa. Myśli wirowały w głowie Rity.
— Czy cokolwiek z tego miało sens? — szepnęła. — Choć raz, żeby ktoś zobaczył, że istnieję. Że boli…
Zrobiła krok.
Kamień się obsunął.
Zachwiała się, niemal spadła — uchwyciła się cienkiej gałęzi, balansując nad krawędzią.
— Rita! — krzyknął Oliver.
Pędził w jej stronę, dysząc, za nim biegł Thomas.
Kiedy ją dostrzegł, rzucił się na ziemię i chwycił jej rękę.
— Trzymaj się! Nie puszczę cię!
Z ostatkiem sił wciągnął ją z powrotem na trawę. Rita wybuchła płaczem.
— Nie chciałam umierać… Chciałam tylko, żeby ktoś wiedział, jak bardzo boli…
Oliver przytulił ją mocno.
— Ja wiem. Thomas też wie. Jesteśmy tu. Dla ciebie.
Thomas wtulił się w nią, łkając:
— Mamo, proszę, nie odchodź. Kochamy cię.
Tamtej nocy Rita nie zmrużyła oka. Ale rano, gdy spojrzała w lustro, po raz pierwszy od miesięcy zobaczyła siebie.
Nie byłą żonę Nicolasa. Nie samotną matkę.
Siebie.
— Dość, — powiedziała. — W moim życiu nie ma już miejsca na przepaści.
Ani na ludzi, którzy próbują mnie w nie zepchnąć.