Tatyana nigdy nikomu nie opowiadała o tym, co spotkało ją wiele lat temu. Żyła spokojnie, na uboczu, starając się nie wtrącać w sprawy innych. Jeśli ludzie prosili o pomoc, zawsze odpowiadała. A jeśli nie, nie narzucała się.
Pomimo ślepoty Tanya postrzegała świat ostrzej niż wielu widzących. Po zapachu, odgłosie kroków, oddechu człowieka potrafiła zrozumieć więcej niż inni po spojrzeniu. Rozróżniała emocje w głosie, strach w szelestach ubrania, ból w ledwo wyczuwalnym westchnieniu. Jej postrzeganie stało się inne – głębsze, dokładniejsze.
Jeden z lekarzy, który przypadkowo znalazł się u niej w gościach, był pod wrażeniem:
— Jak pani to robi? Przed wizytą wziąłem nawet prysznic, założyłem czyste ubranie. Jechałem tu pół godziny — ani kropli potu, ani śladu ulicy. A pani i tak wszystko zrozumiała…
Tatyana odpowiedziała łagodnie:
„Po prostu umiem wyczuwać zapach rozpaczy. Jest on obecny u tych, którzy stracili nadzieję. Trzeba tylko nauczyć się rozumieć jego źródło. To trudne… prawie niemożliwe. Ale możliwe”.
Doktor zadał ostrożne pytanie:
„Pomagasz wielu ludziom… Nie bez powodu tu przyjechałem. Ale dlaczego nie pomożesz sobie samej?”.
Przepraszam za bezpośredniość, ale to wydaje się niesprawiedliwe.
Tanya lekko wzruszyła ramionami:
— Tego nie da się wyleczyć ziołami. To w ogóle nie jest choroba. Raczej ślad. Po silnym strachu lub żalu mózg może wyłączyć wszystko — głos, mowę… Ja straciłam wzrok. Tak bywa.
To były najdłuższe słowa, jakie kiedykolwiek wypowiedziała o sobie. I to tylko dlatego, że człowiek, który do niej przyszedł, emanował taką rozpaczą, że wydawało się, iż zaraz spłonie doszczętnie. Jego czas dobiegał końca.
Dzisiaj, jak zwykle w weekendy, Tania wybrała się do lasu. Obok szedł Murat – duży, kudłaty pies, oddany i mądry. Czasami pozwalał sobie na szczenięcą radość: nagle zaczynał biegać, turlał się w trawie. Ale gdy tylko Tanya go zawołała, natychmiast wracał i przytulał się bokiem do swojej pani.
W wiosce wszyscy znali ją jako „babcię Tanię”. Nikt nie domyślał się, że nie skończyła jeszcze pięćdziesiątki. Ale Tatyana nie miała nic przeciwko temu – niech myślą, co chcą. Im mniej pytań, tym lepiej.
Nagle zatrzymała się. Zamarła, jakby wrosła w ziemię. Murat natychmiast zatrzymał się obok – ani dźwięku, ani ruchu. Tylko cisza i napięta uwaga.
Tania nasłuchiwała. Gdzieś w oddali nabierał mocy silnik – głuchy, charczący. Dźwięk zbliżał się. Wydawało się, że samochód jedzie prosto tutaj.
Murat szturchnął ją zimnym nosem w nogę — jakby chciał powiedzieć: jestem tu, nie bój się.
„Oby to nie my…” — przemknęło Tani przez głowę. Ale nie — silnik zamilkł tuż przy bramie.
W środku zrobiło się zimno. Coś było nie tak. Zwykle, gdy ktoś przychodził do niej po pomoc, jej serce reagowało ciepłem. Teraz ścisnęło się, jakby zamarzło.
Trzasnęły drzwi. Rozległy się głosy — ostre, pełne ukrytej wściekłości.
— Po co to zrobiłaś?! — zapytał ochrypłym głosem mężczyzna. — Co za głupota? Myślisz, że ta miejscowa stara kobieta mi pomoże? Czy ty w ogóle rozumiesz, ile już przeszliśmy?
Głos kobiety brzmiał obrzydliwie, mdło-słodko, jakby miód z drożdżami:
— No, mój kochany, zupełnie straciłeś rozum! Wszyscy lekarze rozłożyli ręce — a ja, zrozpaczona, pędzę do ostatniej nadziei! Zabieram cię do tej… miejscowej czarownicy. Może zdziała cud? Wyobraź sobie, jaka to historia — kochająca żona nie zostawiła cię bez pomocy! Lepiej tu, na łonie natury, niż w domu… Może zdążysz obejrzeć zachód słońca na pożegnanie.
Mężczyzna gorzko się roześmiał:
— Nie spodziewałem się po tobie takiej przezorności. Chociaż… konto jest już zablokowane. Do grosza.
Kobieta zachichotała piskliwie:
— Nic, wytrzymam. Nie trzeba długo czekać. Jak tylko dostanę spadek, blokada zniknie i życie się ułoży. Och, jak długo mi już przeszkadzasz! Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo!
Pauza. Mężczyzna westchnął głęboko. Jego głos stał się zimny jak zimowy wiatr:
— Lepiej już być tutaj, wśród leśnych zwierząt, niż obok takiej hieny jak ty. Wynoś się.
Kroki. Trzask drzwi. Samochód zawył oponami i odjechał.
Tatyana stała jak skamieniała. Ten kobiecy głos… rozpoznała go. Ta sama kobieta przyjechała rok temu. Prosiła o zioła, aby „poprawić nieco zdrowie męża”. Oferowała sumy, które inne osoby przyjęłyby z pokłonem. Ale Tanya nie pobiera opłat za pomoc. Zwłaszcza gdy widzi śmierć w słowach innych.
I tu — nowy głos. Znajomy. Za bramą.
— Dzień dobry… — brzmiał z bólem i zmieszaniem. — Proszę mi wybaczyć… wyrzucili mnie. Tutaj. A ja… nie mam dokąd pójść.
Tania zadrżała całym ciałem. Ten głos też znała. Ale nie mogła sobie przypomnieć, skąd. Gdzieś głęboko w pamięci pojawiał się cień, ale nie mogła znaleźć twarzy. Tylko pustka.
– Dzień dobry… – powiedziała, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie, aby nie zdradzić drżenia.
Tania i Murat podeszli bliżej. Pies warczał ostro, napinając całe ciało — Tania poczuła to każdą komórką ciała. Rozumiała jego reakcję: mężczyzna siedział bezpośrednio na mokrej ziemi i najwyraźniej źle się czuł. Trzeba było mu pomóc. Przesadzić go na krzesło — przecież jakaś kobieta wspominała coś o wózku.
Tania wykonała zwyczajowy ruch, przesuwając przed sobą długim kijem i badając przestrzeń. Oto ono — krzesło. Pochylając się, znalazła znajome dźwignie, kliknęła kilka razy — mechanizm się rozłożył. Nie raz miała już do czynienia z takim urządzeniem: ilu turystów na wózkach inwalidzkich zwracało się do niej o pomoc! Podjechała urządzenie bliżej mężczyzny i łagodnym głosem powiedziała:
— Proszę usiąść.
— Ale jak ja… — w głosie słychać było rozpacz. — Nie utrzymam się rękami… Nie trzymają mnie.
— Murat, pomóż! — rozkazała stanowczo Tanya, nie pozostawiając miejsca na dyskusję.
Usłyszała, jak mężczyzna niedowierzająco prychnął – poczuła ten dźwięk skórą. Ale wkrótce z jego ust wydobył się zdumiony, niemal pełen czci westchnienie:
– Pies?.. Więc to ty… jesteś mądrzejszy od wielu ludzi! Na pewno od niektórych!
Nastąpiły charczenie, jęki, wysiłki – i w końcu mężczyzna znalazł oparcie, wygodnie układając się w fotelu. Ciężki westchnienie ulgi.
– Nie ma pan gdzie uciec – powiedziała cicho, ale stanowczo Tania. – Niech pan nawet nie próbuje. Ma pan szalone wahania ciśnienia.
Wkrótce będzie naprawdę źle.
Ostrożnie, niemal nieważko, dotknęła dłonią jego czoła. Zimna, chłodna skóra. Mężczyzna wzdrygnął się z zaskoczenia.
– Skąd pani to wszystko wie? – w jego głosie zmieszało się zdziwienie i niedowierzanie.
Coś ostro ukłuło Tanię w środku, jakby drzazga głęboko w piersi. Znowu! Teraz! Gdzieś na granicy pamięci pojawiła się odpowiedź, tak bliska i znajoma… Ale znowu zniknęła, rozpraszając się jak poranna mgła. Zirytowana zaklęła pod nosem.
W środku zagotowała się głucha, bezradna złość. Po raz pierwszy! Ona, która zapamiętywała każdy szelest, każdy liść, każdy głos, jaki kiedykolwiek słyszała… A teraz – kompletna porażka. Jakby mózg postanowił zagrać z nią okrutny żart. Przeklęta!
To było tak dawno… Wydawało się, że minęła cała wieczność. Trzydzieści lat. A dokładniej – prawie trzydzieści jeden lat od dnia tragedii.
Wtedy Tanya była młodą dziewczyną, piękną, pełną życia, z oczami płonącymi niegasnącym ogniem. Miała wielkie, ambitne plany. Wyrwała się do miasta, jakby na skrzydłach, aby studiować, pracować, podbijać świat.
I tam, zaledwie dwa dni później, jedno spotkanie wywróciło jej życie do góry nogami. Stał się dla niej wszystkim: powietrzem, światłem, samym życiem. Czuła jego miłość każdą komórką swojego ciała.
A potem nadeszło szczęście – prawdziwe, takie, które sprawia, że się unosi w powietrzu. Zaszła w ciążę. Uciekła do niego, jakby do ognia, aby przekazać mu tę radość, ogłosić początek ich wspólnego szczęścia…
Ale zamiast tego zobaczyła go w łóżku z inną kobietą.
To nie był tylko cios – to był upadek. Początek końca. Droga usiana potłuczonym szkłem, prowadząca do szaleństwa.
Tania wybiegła na ulicę jak przestraszona kotka. Dokąd? Po co? Nie widziała nic wokół siebie, po prostu biegła, aż opuściły ją siły. Czasami zatrzymywała się, zginając się w pół z wymiotów – wszystko wywracało jej się w żołądku.
Uciec! Zniknąć! Żadnego człowieka w pobliżu!
W jakiś sposób dotarła do rzeki — do ich ulubionego miejsca, gdzie tak często siedzieli z Igorem. Upadła twarzą do ziemi na suchą trawę, przyciskając się do zimnej ziemi. Słońce raziło ją w oczy, ale wydawało się blade, martwe, jakby zasłonięte brudną zasłoną.
Ktoś z przechodniów musiał wezwać karetkę i policję. Dziewczyna leżała nieruchomo, ale oddychała. Jej oczy były puste jak spalona step.
Potem nastała ciemność – długie czarne dni, których nie pamiętała. Tylko ciemność, gęsta, lepka, otaczająca ze wszystkich stron, i zwierzęcy strach, od którego krew zamarzała w żyłach. Niewyraźne postacie w białych fartuchach, zastrzyki, zamglające świadomość, beznamiętne oględziny… Gdzieś w oddali ktoś mówił o dziecku… Że je straciła…
Ale ona nie miała nic! Żadnego dziecka, żadnego życia – wszystko spłonęło tego dnia.
Wszystko, co było wcześniej, wymazało się z pamięci. I niech tak zostanie. Nigdy więcej nie wróci.
Trafiła tu przez przypadek – dzięki jakiejś dobrej starszej pani z placówki, do której ją skierowano – czy to przytułku, czy szpitala dla umysłowo chorych. Często opowiadała o swoim domku na wsi, o leczniczych ziołach, o spokojnym, spokojnym życiu.
Tania nie miała wtedy nikogo. I nic. Tylko pustka. Może poza półruiną domku za dwie mile od przeklętego miasta.
Podjęła decyzję. Co miała do stracenia?
Nic.
Tania zaczęła się przygotowywać. To było jak przygotowanie do skoku do lodowatej wody. Każdy dzień był małym treningiem ducha, ciała i woli.
Stary lekarz potrząsał głową ze współczuciem: – Jak ty tam sobie poradzisz, dziewczynko, sama? – Jakoś sobie dam radę – odpowiadała Tania, podnosząc podbródek. – Ludzie żyją, więc ja też przeżyję. – Może to prawda, może trawa i cisza pomogą. Może wzrok wróci. Chociaż… Twój przypadek jest wyjątkowy. W całej mojej praktyce tylko raz słyszałem o czymś takim. Ale ta kobieta… nie przeżyła. Pięć lat była niewidoma i sama odebrała sobie życie. Ale nie trać nadziei – cuda się zdarzają. Na pewno się zdarzają.
Tania bardzo się starała. Jak mogła, wygrzebywała się z ciemności, czepiając się każdego dźwięku, każdej myśli. Przypominała sobie fragmenty opowieści staruszki, próbowała korzenie, liście, wsłuchiwała się w ich język. Z czasem wydawało jej się, że sama zaczęła rozumieć zioła — intuicyjnie, zmysłem.
Raz uratowała mężczyznę przed silnym bólem brzucha, innego – przed kaszlem, który dręczył go od lat. Nigdy nie prosiła o pieniądze za pomoc. Jeśli zostawiali jej kaszę, mąkę lub cukier, przyjmowała z wdzięcznością.
Jeden z tych, którym pomogła, wrócił. I przyprowadził jej Murata.
Szczeniak był wtedy jeszcze niezdarny, z opadającymi uszami. Ale gdy tylko polizał jej rękę i przytulił się mokrym nosem, Tania od razu zrozumiała: to on, jej najbardziej oddany i wierny przyjaciel. Na długie lata.
We własnym domu Tania czuła się pewnie – znała każdy kąt, każdą deskę, która skrzypiała przy każdym kroku. Natomiast jej nieoczekiwany gość z każdą minutą czuł się coraz gorzej: oddech stał się przerywany, świszczący.
Tania zręcznie, jakby robiła to tysiąc razy, zaparzyła swoje zioła. Zapach był ostry, gorzki, a wywar — ciemny i intensywny. Postawiła filiżankę przed mężczyzną.
— Pij.
On skrzywił się, marszcząc nos.
— Fuj… Jak to śmierdzi! To jakaś trucizna!
— Pij, powiedziałam! — głos Tani brzmiał stanowczo, bez cienia wątpliwości. — Dopóki jeszcze pachnie, jest szansa. Kiedy przestanie śmierdzieć, będzie za późno. Zupełnie za późno.
Mężczyzna zawahał się przez chwilę, ale wziął kubek drżącymi rękami i jednym haustem wypił, krzywiąc się z goryczy.
Tania skinęła głową w stronę łóżka polnego:
— Teraz połóż się. Szybko zasniesz. Najlepszym lekarstwem jest sen.
Posłuszny jak dziecko, przeniósł się na drewnianą sofę pokrytą grubym, domowej roboty materacem. Po kilku minutach Tania usłyszała jego głęboki, równomierny oddech — zasnął.
Odetchnęła z ulgą i rozluźniła ramiona. Zdjęła z głowy ciężką chustę, a potem drugą, mniejszą. Włożyła kurtkę, która wydawała się należeć do kogoś innego – zawsze tak się ubierała, gdy wychodziła na zewnątrz lub przyjmowała gości. Chciała pozostać niezauważona, żeby zadawano jej mniej pytań, żeby nie zaglądano jej w głąb duszy.
Kim był ten człowiek? Dlaczego jego głos wydawał jej się tak znajomy? I dlaczego każda wymawiana przez niego sylaba przeszywała jej serce jak drzazga?
Tania ostrożnie opadła na krawędź krzesła obok kanapy. Delikatnie, niemal bojąc się sprawić ból, położyła dłoń na czole śpiącego. Gorące…
W tym momencie oczy jakby ją poparzyły — jakby ktoś wsypał tam potłuczone szkło.
Gwałtownie cofnęła rękę, jakby się poparzyła.
Nie może być! Czy to naprawdę on?! Człowiek z przeszłości, z życia, które dawno pogrzebała? Nie, to niemożliwe!
Ponownie, drżącą ręką, Tanya dotknęła jego czoła.
I znowu — ból, pieczenie, jakby w środku wybuchł pożar. Serce zaczęło walić, krew pulsowała w skroniach, w uszach rozległ się huk, zagłuszający wszystko wokół.
Mężczyzna jęknął przez sen, wymamrotał coś niezrozumiałego.
— Igor?.. — wyszeptała bezgłośnie Tanya. Imię, którego przez lata nie miała odwagi wypowiedzieć nawet w myślach.
Człowiek na kanapie gwałtownie otworzył oczy. Jego wzrok był zamglony, pełen niedowierzania.
— Tania?.. To niemożliwe… To jakiś koszmar! Przecież… ty umarłaś wiele lat temu! Szukałem cię! Przekonałem wszystkich! Matka nawet pokazała mi twój grób! O mało nie oszalałem! W domu miesiącami siedzieli lekarze… — Ale ja umarłam, Igor — jej głos był cichy, ale każde słowo odbijało się echem w pokoju jak uderzenie dzwonu. — Umarłam tego dnia, kiedy zobaczyłam cię… z inną kobietą. Nasze dziecko też umarło. Razem ze mną. — Co to za bzdury? W jakim łóżku?! Jakie dziecko?! Nic nie rozumiem! — Dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Mieliśmy się spotkać wieczorem. Ale nie mogłam czekać. Pobiegłam do ciebie do domu, a tam… — Czekaj! — Igor podniósł się na łokciu, a jego twarz wykrzywił grymas bólu. — Tego dnia wyjechałem wcześnie rano i wróciłem dopiero o ósmej. Pędziłem do naszego zegara… Czekałem na ciebie! Pojechałem po prezent — ten zegar z kukułką, który chciałaś. Chciałem poprosić cię o rękę nie pierścionkiem, tylko nim. Oczy nie paliły już piekielnym ogniem. Teraz czułem, jakby ktoś naciskał je ciężkimi palcami. I nie puszczał.
— Ale… ja widziałam… tam… ktoś był — wyszeptała Tania. — To był mój kuzyn, Seryoga. Bardzo podobny do mnie. Mama… ona pewnie wykorzystała okazję. Żeby nas rozdzielić na zawsze. Tania… Tania… co się potem z tobą stało? I ona zaczęła mówić. Opowiedziała wszystko.
Nie otwierając oczu, jakby bała się, że jeśli spojrzy na niego prosto, świat znów się zawali. — Moja dziewczynko… — głos Igora drżał z miłości i bólu. — Ile wycierpiałaś… Jak mogłaś pomyśleć, że jestem zdolny do czegoś takiego?!
Przecież wiedziałaś, że kochałem cię ponad wszystko na świecie! Tania gwałtownie otworzyła oczy i krzyknęła – przenikliwie, desperacko. I natychmiast zwiotczała, tracąc przytomność.
Murat, który dotąd drzemał u jej stóp, podskoczył, zaskomlał i polizał ją w policzek.
A Igor powoli, z trudem zsunął się z kanapy. Po wypadku, który miał miejsce kilka lat po jej zniknięciu, nigdy nie zdołał w pełni dojść do siebie. Z każdym rokiem było tylko gorzej.
— Tania! Tania! Ocknij się!
… Minął cały rok od tamtego dnia. Rok, który wszystko zmienił.
Tania powoli wracała do życia. Oczy bolały, ale nie było już tej niekończącej się, duszącej ciemności. Zaczęła widzieć. Najpierw światło, potem kontury, kolory. Mrugnęła kilka razy. Już lepiej. Przedmioty stały się rozpoznawalne.
— Widzę… — wyszeptała, nie wierząc własnym oczom. — Widzę!
Igor, który nie odstępował jej na krok, nagle poczuł, jak budzi się w nim pragnienie życia.
– Tania! Jesteśmy jeszcze młodzi! Wstanę! Na pewno wstanę! Oszukam wszystkie diagnozy! Będziemy razem! Przed nami jeszcze dwadzieścia lat! Całe życie! Śmiała się przez łzy – łzy szczęścia.
Inga miotała się jak ukąszona. Potrzebowała pieniędzy. Albo przynajmniej dokumentów Igora, aby sformalizować jego „śmierć” i wejść w spadek. Dać łapówkę komu trzeba, zdobyć zaświadczenie. W końcu już w myślach pochowała go. Albo niech powiedzą, gdzie jest jego grób – byle tylko mieć dokumenty.
Przez dwa lata mieszkała za granicą z kolejnym bogatym kochankiem, ale nagle okazało się, że ma on starą, ale niebezpieczną żonę, która odcięła mu wsparcie finansowe. Inga wróciła skulona do rodzinnej dziury, uważając, że Igor już dawno nie żyje. Ale nikt nie wiedział o jego śmierci.
„Nic, pomyślała, teraz sama wszystko załatwię. Szybko i skutecznie”.
Przez całą godzinę krążyła po wiejskiej drodze, nie mogąc znaleźć odpowiedniego domu. Wszystko wokół się zmieniło. Nowe domy, budowle, przychodnia na miejscu pustkowia… Ech!
W oddali pojawił się samochód. Trzeba zapytać.
– Dzień dobry! Proszę mi powiedzieć, czy mieszkała tu kiedyś babcia zielarka… Nie mogę znaleźć domu.
Samochód zatrzymał się. Kierowca powoli zdjął ciemne okulary. Uśmiechnął się.
Inga cofnęła się, jakby ją uderzono.
– Igor?! To żart?!
Z fotela pasażera wysiadła kobieta – piękna, pewna siebie, z wewnętrzną siłą w oczach.
– Jestem zielarką. Czego potrzebujesz?
Inga przenosiła wzrok z jednego na drugiego.
– To… to pani?! Ale pani powinna być starą babką! Igor! Dlaczego żyjesz?!
Roześmiał się – lekko, swobodnie.
Inga zdała sobie sprawę, jak żałośnie teraz wygląda. Ale rozczarowanie i złość wyrwały się na zewnątrz.
— Lekarze mówili — pół roku, maksymalnie rok i koniec! To niemożliwe!!!
— Słyszę — Igor przestał się śmiać. — A ty posłuchaj. Dom, w którym mnie zostawiłaś… zawsze był mój. Ale zostawiłem go tobie. Oto dokumenty — weź je. Żyj. Nie mam pieniędzy. Ani grosza.
— Nie dam ci rozwodu! — krzyknęła Inga.
Igor uśmiechnął się.
— Inga, nie śmiesz mnie. Od pół roku jestem żonaty. Z kobietą, którą kocham.
Objął Tanię za ramiona i bez oglądania się za siebie, ruszyli w stronę swojego domu. A Inga została na środku drogi, sparaliżowana gniewem i żalem.