– Przerwij ciążę – i koniec-powiedziała teściowa, jakby rozmawiała o pogodzie za oknem. – Już cię umówiłam. Potem jeszcze podziękujesz, że nie dręczyłaś się na próżno.

— Przerwij ciążę, a sprawa będzie załatwiona — powiedziała teściowa, jakby rozmawiała o pogodzie za oknem. — Już zapisałam cię na wizytę. Potem jeszcze mi podziękujesz, że nie cierpiałaś na próżno.

Maksym milczał, spuszczając głowę. A potem cicho wyznał:

— Moja siostra ma chorobę genetyczną… Bałem się ci powiedzieć. Jeśli urodzi nam się dziewczynka, istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie taka sama jak Zoya. Jestem nosicielem „nieprawidłowego” genu, Lena.

Stałam w łazience, patrząc na siebie w lustrze. W rękach trzymałam test. Dwie kreski. Nie mogłam zrozumieć: cieszyć się czy panikować? Z jednej strony – to przecież życie! Dziecko! To szczęście. A z drugiej – przecież nie jestem jeszcze gotowa. Tyle planów, celów, spraw. Może to za wcześnie?

Nie mogła być pomyłka. Trzeci test również wykazał to samo – jestem w ciąży.

Postanowiłam powiedzieć Maksymowi wieczorem. Jak zwykle siedział przy komputerze, skupiony na pisaniu.

— Maks — zawołałam ostrożnie.

Odwrócił wzrok od ekranu i spojrzał na mnie.

— Co się stało?

— Jestem… w ciąży — wyrzuciłam z siebie jednym tchem.

Jego twarz się zmieniła. Zaskoczenie, zmieszanie, a potem szeroki, szczery uśmiech. Wziął test, długo się mu przyglądał, a potem mocno mnie przytulił.

„Serio? Będziemy rodzicami?” – zapytał, a jego głos zadrżał z emocji.

Skinęłam głową. Objął mnie, jakby chciał chronić cały świat.

„Tak się cieszę!” – wykrzyknął. „Nie masz pojęcia, jak bardzo!”.

Byłam nawet zaskoczona. Nigdy wcześniej nie mówił o dzieciach. Myślałam, że są mu po prostu obojętne.

„Naprawdę się cieszysz?” – zapytałam z niedowierzaniem.

„Oczywiście!” – zapewnił mnie.

— Zawsze chciałem mieć dziecko. Po prostu nie wiedziałem, jak ci o tym powiedzieć.

Potem wypytał mnie o wszystko: jak się czuję, kiedy mam pierwszą wizytę u lekarza. Odpowiedziałam, że jutro idę do poradni kobiecej.

— Podwiozę cię — zaproponował. — Zaraz zadzwonię do szefa i poproszę o wolne. Chcę być przy tobie.

— Nie, nie trzeba — odmówiłam. — Siostra ma po mnie przyjechać. Też musi jechać do szpitala.

Maksym był nieco rozczarowany, ale zgodził się:

— No dobrze. Wieczorem pójdziemy do sklepu i to uczcimy.

— Dobrze — uśmiechnęłam się. — Uroczymy.

Rano obudziłam się z lekkim drżeniem serca. Dzisiaj ważny dzień. Zjadłam śniadanie, szybko się zebrałam — Marina już czekała przed wejściem.

— Cześć! — krzyknęła, wyskakując z samochodu. — Jak się czujesz? Denerwujesz się?

— Trochę — przyznałam. — Ale bardziej się cieszę.

— Tak się cieszę! Będziesz świetną mamą! A ja czekam, aż ktoś mnie poślubi…

Roześmiałyśmy się i pojechałyśmy do kliniki. Patrzyłam przez okno i myślałam: zaczyna się nowe życie. O Maksymie, o dziecku, o wszystkim naraz. I z jakiegoś powodu trochę się bałam. Czy dam radę? Czy będę dobrą matką? Czy on naprawdę się cieszy? W głowie kłębiły mi się tysiące pytań. Ale starałam się je odgonić. Dzisiaj jest tylko radość. Jestem w ciąży. A to początek czegoś wielkiego.

Lekarka potwierdziła ciążę. Wszystko w porządku. Pojechałyśmy z Mariną do kawiarni, żeby to uczcić.

„Zamówmy cały tort!” – zaproponowała siostra. „Świętujmy jak należy!”

Wybrałyśmy tort czekoladowy i cappuccino. Marina zrobiła kilka zdjęć.

„Trzeba zapamiętać tę chwilę” – powiedziała. „Wkrótce nie będziesz miała czasu na kawiarnie”.

Śmiałyśmy się, rozmawiałyśmy, aż Marina nagle zapytała:

— Nie boisz się rodzić?

Zaskoczyło mnie to.

— Nie. Czego się bać? Kobiety rodzą i nic się nie dzieje.

Marina spojrzała na mnie dziwnie, jakby chciała coś powiedzieć, ale się wahała.

– No cóż… wszystko może się zdarzyć – powiedziała w końcu. – Każdy ma inaczej.

– Wszystko będzie dobrze – zapewniłam ją. – Wierzę w to.

Pochyliła się ku mnie i niemal szeptem dodała:

– Wiesz, że Maksym ma siostrę-inwalidkę? W głębokim stopniu. A zastanawiałaś się, czy to może być dziedziczne?

Poczułam dreszcz przebiegający mi po plecach. Nie pomyślałam o tym.

— Tak, wiem — odpowiedziałam, starając się zachować spokój. — Ale teraz są badania genetyczne. Wszystko można sprawdzić z góry.

„Tak, oczywiście”, zgodziła się Marina. „Ale mimo wszystko… Na twoim miejscu dowiedziałabym się więcej”.

Staram się nie okazywać zdenerwowania, macham ręką:

„Nie będę się zamartwiać. Wszystko będzie dobrze”.

Ale po tych słowach coś we mnie drgnęło. Słowa Maryny wbiły mi się w głowę jak cierń. Próbowałam o nich nie myśleć. Ale myśli o chorobie Zoii i możliwym dziedziczeniu powracały raz po raz, nie dając mi spokoju.

Wieczorem, kiedy Maksym wrócił z pracy, postanowiłam delikatnie wypytać go o rodzinę. Szczególnie interesowała mnie jego siostra.

— Maks, — zaczęłam jak najbardziej niedbale — a twoja siostra… Co ona ma za chorobę?

Zmarszczył brwi:

— Po co ci to?

— Po prostu jestem ciekawa — odpowiedziałam. — Prawie nic o sobie nie wiemy. Nigdy wcześniej o tym nie rozmawialiśmy…

Maksym milczał przez chwilę, po czym powiedział:

— Miała uraz porodowy. Nie wiem dokładnie, mama mi opowiadała.

Poczułam ulgę:

— Naprawdę? To wszystko?

— Tak — skinął głową. — Tak po prostu się stało.

Ale w jego głosie wyczuwałam pewną niepewność. Wątpliwości pozostały. Postanowiłam dowiedzieć się więcej – przez teściową. Jeśli ktoś zna prawdę, to tylko ona.

Następnego dnia zadzwoniłam do Iriny Iwanownej:

– Czy mogę wpaść? Chciałabym porozmawiać.

– Oczywiście, wpadnij – odpowiedziała. — Zawsze się cieszę, gdy cię widzę.

Kiedy przyszłam, napiłyśmy się herbaty, pogadałyśmy o niczym. Potem ostrożnie zaczęłam:

— Maksym i ja postanowiliśmy mieć dziecko.

Jej reakcja mnie zaskoczyła. Nagle zbladła, ale natychmiast wymusiła słaby uśmiech:

— No… gratuluję.

Pomyślałam, że po prostu boi się o nas lub o wnuczkę, która jeszcze się nie urodziła. Może martwi się, czy damy sobie radę?

Podczas naszej rozmowy w sąsiednim pokoju coś z hukiem upadło i rozbiło się. Irina Iwanowna gwałtownie wstała i wybiegła, nawet nie przeprosiwszy. Minęło dziesięć minut, a jej nadal nie było.

Ciekawość wzięła górę: wstałam i też zajrzałam do pokoju. Zoja leżała na łóżku, wierciła się niespokojnie, jęczała i wskazywała ręką na szafkę nocną. Teściowa krzątała się obok, próbując podać jej butelkę. Nie wiedziałam, co powiedzieć.

— Co się stało? — zapytałam. — Potrzebujesz pomocy?

— Nie trzeba, Lena — odparła Irina Iwanowna. — Po prostu spadł kubek. Zoya przypadkowo go przewróciła.

Zebrała odłamki, wytarła rozlany herbatę. Zoya nadal była niespokojna, szarpała rękami.

— Może ona czegoś potrzebuje? — zaryzykowałam ponownie.

— Nie wtrącaj się! — warknęła teściowa. — Sama sobie poradzę.

Wróciłyśmy do kuchni. Poczułam się nieswojo. Wydawało mi się, że zrobiłam coś nie tak.

– Irina Iwanowna – zaczęłam ostrożnie – dlaczego Zoya taka jest? Jaką ma diagnozę?

Teściowa gwałtownie podniosła głowę. Jej głos stał się ostry:

– A co ci do tego? Dlaczego się wtrącasz? Ona ma uraz porodowy! I w ogóle – to nie twoja sprawa!

Zaniemówiłam:

— Chciałam tylko wiedzieć. Niedługo zostanę mamą. Chcę zrozumieć, co może się przekazać, jakie są zagrożenia…

— Jak zostaniesz mamą, wtedy pytaj! — podniosła głos. — A teraz idź do domu. Masz mnóstwo pracy.

Musiałam odejść. Irina Iwanowna nawet mnie nie odprowadziła. Na ulicy było zimno i czułam się, jakbym przyniosła ze sobą jakiś wewnętrzny chłód. Jej słowa „Nie wtrącaj się nie do swojej sprawy” brzmiały w mojej głowie jak uderzenia dzwonu. Przecież nie zrobiłam nic złego. Po prostu zapytałam. Tylko teraz myślałam o Zoju – biednej dziewczynie, przykutej do łóżka przez całe życie, nie potrafiącej samodzielnie mówić ani jeść.

W domu opowiedziałam Maksymowi o wizycie u jego matki. Wysłuchał mnie uważnie, ale milczał.

– Mama po prostu się przejęła – powiedział w końcu. – Nie zwracaj na to uwagi.

– Ale zachowywała się dziwnie – zaprotestowałam. – Nie chciała rozmawiać o Zoe. Wydawało mi się, że coś ukrywa. Skąd taka agresja w odpowiedzi na proste pytanie?

– Boi się o Zoe – odpowiedział Maksym. – Opiekuje się nią przez całe życie. To ciężkie.

– Nie chciałam jej zranić – powiedziałam.

— Porozmawiam z nią — obiecał. — A ty się nie denerwuj. Nie wolno ci.

Uraza szybko minęła i starałam się zapomnieć o tej rozmowie. Ale od tego czasu Irina Iwanowna zaczęła zachowywać się dziwnie. Wcześniej żyła swoim życiem, nie wtrącała się w nasze sprawy. Teraz zaczęła przychodzić w każdy weekend. Raz pytała, jak się czuję, raz doradzała coś. Raz pytała, czy na pewno chcemy dziecko.

Na początku traktowałam to jako przejaw troski. Być może zmieniła swoje nastawienie do mojej ciąży? Ale z czasem jej pytania stały się natarczywe, a jej obecność – przytłaczająca.

Pewnego wieczoru Maksym zauważył:

— Mamo, może wystarczy? Dlaczego ciągle czepiasz się Leny? Daj jej spokój, niech spokojnie urodzi dziecko.

— Po prostu martwię się o was — odpowiedziała. — Chcę, żeby wszystko było dobrze.

— U nas wszystko jest w porządku — zapewnił ją. — Nie musisz się o nas martwić.

Ale Irina Iwanowna nie dawała za wygraną. Nadal przychodził, zadawał te same pytania, wtrącał się w nasze sprawy.

Pewnego razu, kiedy Maksym był w pracy, teściowa przyszła do mnie wcześnie rano. Siedziałyśmy przy herbacie i nagle zaczęła mówić o Zoju.

– Wiesz, Lena – zaczęła – z Zoją jest bardzo ciężko. Całe życie się nią opiekuję. Nie mam ani chwili spokoju.

– Rozumiem – odpowiedziałam. – Robisz naprawdę ważną pracę. To naprawdę trudne.

– Jesteś w ciąży. To też jest ciężkie – kontynuowała. – Jesteś na to gotowa?

– Jestem gotowa – odpowiedziałam z przekonaniem. – Bardzo czekamy z Maksymem na dziecko.

Irina Iwanowna spojrzała na mnie długim, przenikliwym wzrokiem.

– Jesteś pewna? – powtórzyła. – Pewna, że chcesz tego dziecka?

– Oczywiście! – wykrzyknęłam. – Co to za dziwne pytania?

Pochyliła się lekko w moją stronę i cicho powiedziała:

— Pomyśl, Lena. Może… warto przerwać ciążę? Pożyjcie dla siebie, poczekajcie trochę.

Zamarłam. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.

— Co pani mówi?! — nie powstrzymałam się. — Czy pani oszalała?!

„Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa” – powiedziała teściowa, patrząc mi prosto w oczy. „Ale z dzieckiem będzie ci bardzo ciężko”.

„To ja sama zdecyduję!” – odparłam ostro. „Nie wy wybieracie za mnie, czy mam rodzić, czy nie!”.

„Przemyśl to dobrze” – nie ustępowała.

— Potem będziesz żałować.

Nie wytrzymałam:

— Co z wami? Dlaczego tak się zachowujecie? Po co te aluzje? Wynoście się z mojego domu. Nie wracajcie więcej.

Irina Iwanowna zacisnęła usta. W jej spojrzeniu pojawiło się coś złego i upartego.

— Sama zobacz — rzuciła już wychodząc. — Jeszcze tego pożałujesz.

Kiedy wyszła, długo płakałam. Jak mogła coś takiego powiedzieć? Proponować przerwanie ciąży? Jak można pozbawić życia własne dziecko?

Wieczorem wrócił Maksym. Opowiedziałam mu o rozmowie. Był wstrząśnięty.

— Porozmawiam z mamą — obiecał. — Nie tkną cię więcej.

Wybrał jej numer i zaczął mówić głośno, niemal krzycząc:

— Jak mogłaś?! Wiesz, jak Lena pragnie dziecka? Dlaczego ją dręczysz?

Po rozmowie powiedział, że jego mama przeprosiła i obiecała nie wtrącać się więcej w nasze życie.

Do końca pierwszego trymestru pozostało zaledwie kilka tygodni. Wydawało mi się, że czuję pierwsze ruchy w brzuchu – to było niesamowite uczucie. Maksym wyjechał w podróż służbową, a ja czekałam na niego sama.

Niespodziewanie zadzwonił dzwonek do drzwi. Na progu stała Irina Iwanowna.

— Pakuj się — rzuciła krótko, nawet się nie witając.

— Dokąd? — zdziwiłam się.

— Nieważne. Po prostu szybko.

— Co się dzieje? — zaczęłam wypytywać.

— Nie ma czasu na wyjaśnienia — przerwała mi. — Ubieraj się.

Byłam zdezorientowana, ale z jakiegoś powodu zgodziłam się. Być może uznałam, że chce mnie rozweselić, odwrócić uwagę od myśli. Szybko narzuciłam kurtkę, wzięłam torebkę i wyszłam.

W samochodzie milczała. Ja też nie zadawałam pytań. Jechałyśmy gdzieś w całkowitej ciszy.

W końcu zatrzymałyśmy się przed kliniką z napisem „Eskulap”. Spojrzałam na teściową z niedowierzaniem.

– Po co tu jesteśmy?

– Umówiłam się z lekarzem – odpowiedziała spokojnie. – W sprawie przerwania ciąży.

– Oszalałaś?! – wykrzyknęłam. – Nie zamierzam się w to mieszać! To moje dziecko!

– Trzeba to zrobić – nalegała. – Dla wszystkich. Dla ciebie, dla Maksyma… Nie potrzebujemy dziecka.

– Jesteś chora! – krzyknęłam. – Nie pozwolę ci decydować za mnie! To moje życie!

Nie powstrzymałam się i uderzyłam ją w twarz. Zamarła, przyciskając dłoń do policzka. A ja wyskoczyłam z samochodu i pobiegłam, nie wiedząc dokąd. Łzy spływały mi po policzkach. Czułam się zdradzona, upokorzona, wykorzystana.

Zgubiłam się na obcych ulicach. Wyjęłam telefon, chciałam zadzwonić do Maksyma, ale zmieniłam zdanie – nie chciałam go martwić przedwcześnie.

Zadzwoniłam po taksówkę. Kierowca milczał przez całą drogę – tylko ja szlochałam w kącie siedzenia. W domu zamknęłam drzwi na wszystkie zamki, zaparzyłam sobie gorącą herbatę i padłam na łóżko. Zasnęłam dopiero nad ranem.

Kiedy Maksym wrócił, od razu zaczęłam mu wszystko opowiadać: jak jego matka zabrała mnie do kliniki, jak próbowała przekonać mnie do przerwania ciąży, jak ją uderzyłam. Mówiłam przez łzy, łapiąc oddech, licząc na wsparcie.

Ale on milczał. Patrzył na podłogę, nie ruszając się.

– No? – zapytałam, ocierając łzy. – Nie potępisz jej?

– Ja… nie wiem, co powiedzieć – wymamrotał.

– Jak to nie wiesz?! Ona chciała zniszczyć nasze dziecko!

– Ona się po prostu martwi – odpowiedział. – Myśli, że robi to dla naszego dobra.

– Dla kogo?! – krzyknęłam. – Dla niej? A kto pomyślał o mnie?

Zaczęliśmy się kłócić. Obwiniałam jego matkę, a on próbował ją usprawiedliwić. I wtedy, w środku kłótni, wypowiedział słowa, które wszystko zmieniły:

– Rozumiem, dlaczego tak postąpiła.

Zamarłam.

— Co powiedziałeś?

— Rozumiem mamę — powtórzył. — Nie popieram jej, ale…

— Jesteś po jej stronie?! — krzyknęłam. — Uważasz, że ma rację?!

— Nie… — próbował naprawić sytuację. — Po prostu… nie znasz całej prawdy.

— Jakiej prawdy? — zapytałam. — Co jeszcze przede mną ukryłeś?

Maksym wziął głęboki oddech.

— Pamiętasz, pytałaś o chorobę Zoi? Mama powiedziała, że to uraz porodowy. To nieprawda.

Zamarłam.

— Jej choroba jest genetyczna — kontynuował. — Dziedziczna.

— Od kogo? — zapytałam.

— Od ojca — odpowiedział. — Choroba dotyka tylko dziewczynki. Tak było w przypadku Zoi.

— Co to oznacza dla nas? — mój głos drżał.

Maksym spuścił wzrok:

— Mogę być nosicielem. Jeśli będziemy mieli córkę… może urodzić się taka sama jak Zoja.

Zrobiło mi się niedobrze. Zakręciło mi się w głowie, przed oczami pociemniało. Chwyciłam się oparcia krzesła, żeby nie upaść.

– Ty… wiedziałeś? – wyszeptałam. – Wiedziałeś i milczałeś?

– Miałem nadzieję, że się nie ujawni… – wymamrotał.

– Ryzykowałeś życie mojej córki! – krzyknęłam. – Wiedziałeś i pozwoliłeś mi zajść w ciążę?!

Płakałam, krzyczałam, pytałam, dlaczego milczał. A Maksym po prostu stał przede mną z opuszczoną głową, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa. W tym momencie poczułam się zdradzona, oszukana, zmiażdżona. Świat zawalił się w jednej chwili. Wszystkie moje nadzieje, marzenia, wiara w przyszłość – wszystko okazało się zbudowane na kłamstwie. Nie wiedziałam, co dalej robić. Jak żyć? Jak patrzeć mu w oczy? I jak patrzeć w oczy mojemu dziecku?

Noc minęła bez snu. Myśli krążyły mi w głowie jak w szalonym kole. Nawet jeśli urodzi mi się syn, nie gwarantuje to spokoju. Może być nosicielem, a wtedy jego dzieci, zwłaszcza dziewczynki, również będą zagrożone. A jeśli urodzi się córka… Nawet nie chciałam o tym myśleć. Nie mogłam sobie wyobrazić, że moja mała córeczka będzie przykuta do łóżka, jak Zoya.

Rano, nie mówiąc nic Maksymowi, ubrałam się i wyszłam z domu. Udaliśmy się do prywatnej kliniki – tam, gdzie można było przejść procedurę anonimowo i szybko. W recepcji przywitała mnie młoda dziewczyna z zmęczonym, ale życzliwym uśmiechem.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – zapytała.

„Chcę przerwać ciążę” – odpowiedziałam, sama zaskoczona swoją determinacją.

Kiwnęła głową, nie okazując ani zdziwienia, ani potępienia.

„W którym tygodniu?”.

„Prawie jedenasty”.

„Dobrze, zapiszę pani do lekarza”.

Siedząc w korytarzu, z trudem powstrzymywałam łzy. Każda minuta wydawała się wiecznością. Kiedy wezwano mnie do gabinetu, nogi ugięły się pod mną ze strachu i bólu.

„Dzień dobry” – powiedział lekarz, mężczyzna około czterdziestu pięciu lat. „Proszę usiąść”.

Ostrożnie usiadłam na krawędzi krzesła, czując, jak serce wali mi w gardle.

„Jest pani pewna swojej decyzji? To bardzo poważny krok”.

„Tak” – odpowiedziałam krótko. „Jestem pewna”.

„Rozumie pani konsekwencje?”.

„Rozumiem”.

Nie chciałam nic wyjaśniać, nie chciałam słuchać niczyich rad ani prób przekonywania mnie do zmiany decyzji. Chciałam tylko, żeby ból ustał. Chciałam, żeby ta historia się skończyła. Nie mogłam pozwolić, żeby moje dziecko urodziło się chore. Nie mogłam patrzeć, jak będzie cierpieć. Nie mogłam tego przeżyć sama.

Po operacji, kiedy trochę doszłam do siebie, poszłam do urzędu stanu cywilnego. Złożyłam wniosek o rozwód.

— Jest pani pewna? — zapytała urzędniczka, patrząc na mnie ze współczuciem.

„Tak” – odpowiedziałam chłodno. „Nie zmienię zdania”.

W domu spakowałam rzeczy Maksyma, starannie ułożyłam je w pudełkach i wystawiłam za drzwi. Mieszkaliśmy w moim mieszkaniu, więc łatwo mogłam zamknąć ten rozdział. Nie chciałam go więcej widzieć, nie chciałam słyszeć jego głosu. Stał się symbolem bólu, którego nie mogłam wybaczyć.

Wieczorem wysłałam mu wiadomość:

„To koniec. Postawiłam kropkę. Nie ma już dziecka. Złożyłam wniosek o rozwód. Nie dzwoń do mnie więcej”.

Bez zbędnych słów. Tylko fakty. Musiał zrozumieć, że między nami wszystko skończone.

Dzwonił, pisał, prosił, żeby go wysłuchać. Ale ja nie odpowiadałam. Siedziałam w łazience, przytulona do ściany i płakałam, starając się nie hałasować, żeby nie usłyszał moich szlochów za drzwiami.

— Lena, otwórz! Proszę, wysłuchaj mnie! Wszystko wyjaśnię!

— Lena… kocham cię! Nie odchodź…

Milczałam. Bałam się, że jeśli otworzę drzwi, znowu mu uwierzę. Że przekona mnie, żebym zmieniła zdanie. A ja nie mogłam. Nie powinnam była.

Później wymieniłam zamki. Chciałam, żeby zniknął. Z mojego życia. Z moich wspomnień. Z mojego serca.

Tego, który mnie zdradził, wykreśliłam na zawsze.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *