Rozpoznałem wisiorek mojej zaginionej narzeczonej. Kiedy zapytałem pokojówkę, skąd pochodzi, jej odpowiedź zmieniła moje życie…

Dzisiejszy dzień można śmiało nazwać udanym. Dla Niny praca w domu Pawła Siergiejewicza Krasnogorskiego – wpływowego i bogatego człowieka, znanego w całym mieście – była naprawdę rzadką okazją. Chociaż dziewczyna miała dwa wyższe wykształcenia – filologiczne i dziennikarskie – żadna uczelnia nie mogła zaoferować jej takiej pensji, jaką proponował biznesmen.

Ale nawet w dziennikarstwie Nina nie odniosła sukcesu. Pracując w redakcji gazety, spotkała się z odrzuceniem ze strony koleżanek, zwłaszcza redaktorek. Wyraźnie nie lubiły jej, być może dlatego, że mężczyźni z grona pracowników często zwracali na nią uwagę.

Jeszcze gorzej wyglądała sytuacja w telewizji. Wasilkova wytrzymała tam tylko jeden dzień: dyrektor próbował złożyć jej dwuznaczną propozycję, po czym otrzymał głośny policzek i odesłał ją do domu z ostatecznym rozliczeniem.

— Ach, Ninoczka — wzdychała ciotka dziewczyny, Rita Margulina — nie bez powodu mówią: „Nie rodz się piękna, rodz się szczęśliwa”. Ty jesteś żywym potwierdzeniem tego powiedzenia. Jaka piękność, a szczęścia w życiu nie spotkała.

Mama Niny, Zinaida Iwanowna, zwykle łagodnie zbywała takie rozmowy:

— Nie martw się, Rito. Wszystko ma swój czas. Każdy ma swoje przeznaczenie. Po prostu jeszcze nie nadszedł czas na miłość. Ale nadejdzie. Ninochka będzie miała miłość, szczęście rodzinne i gromadkę dzieci.

„Ale kiedy to się stanie?” – oburzała się ciotka. „Wkrótce skończysz trzydzieści lat, a nie masz obok siebie żadnego normalnego mężczyzny. Gdybyś mnie posłuchała, już dawno byłabyś mężatką”.

Nina nie lubiła takich tematów. Sama rozumiała, że czas mija, a zegar biologiczny tyka, ale co zrobić, skoro nie pojawiają się żadne uczucia? Często zastanawiała się: czy w ogóle jest zdolna do zakochania się? Dlaczego do tej pory nikt jej się nie podobał?

Wokół niej było wielu młodych ludzi, starszych mężczyzn, ale żaden nie wzbudzał jej zainteresowania, nie mówiąc już o głębszych emocjach. Jedynym wyjątkiem był student z jej roku, z którym spotykała się na drugim roku studiów. Wtedy Ninočka naprawdę coś czuła. Byli razem przez długi czas, chłopak był zakochany, marzył o ślubie, ale nic z tego nie wyszło.

Jednak odpowiedzialność za rozstanie spoczywała na samej Ninie. Z czasem straciła zainteresowanie nim. To, co zaczęło się jako przebłysk namiętności, nie przerodziło się w prawdziwą miłość. Ciepło uczuć zastąpiło chłód obojętności i to dziewczyna pierwsza zerwała związek.

Przyjaciele i znajomi byli zszokowani jej decyzją — w końcu chłopak był przystojny, odnosił sukcesy, miał przed sobą przyszłość. Później ożenił się, ma teraz dwoje dzieci, a Nina pozostaje „na dziewczynę”, jak to ujęła ciocia Rita.

Po tym wydarzeniu Nina kilkakrotnie próbowała nawiązać nowe romanse, ale za każdym razem zatrzymywała się na wczesnym etapie. Zrozumiała, że nie można zmuszać się do odczuwania czegoś, czego nie ma. Życie bez miłości byłoby dla niej nie do zniesienia, ale nie chciała też udawać. Czasami myślała sobie: „Gdzie jesteś, miłości? Chcę wierzyć, chcę wierzyć w niemożliwe…”.

Tak właśnie żyła – z nadzieją na cud, z wiarą w wielkie uczucie, które jeszcze jej nie spotkało.

Ten jasny majowy dzień rozpoczął się od tego, że Nina spieszyła się na ważną rozmowę kwalifikacyjną. Najbogatszy biznesmen Paweł Siergiejewicz Krasnogorski, który skończył czterdzieści lat, ponownie szukał nowej osoby dla swojej jedenastoletniej córki Ewy. Potrzebował nie tylko guwernantki, niani lub wychowawczyni, ale kogoś, kto stałby się przyjacielem jego dziecka.

Ewa była jedyną córką miliardera, ukochaną, rozpieszczoną i kapryśną. W szkołach, do których chodziła – zarówno publicznych, jak i prywatnych – nigdy nie układały jej się relacje z rówieśnikami. W końcu ojciec przeniósł ją na naukę w domu, zatrudniając cały sztab nauczycieli. Teraz mieszkała i uczyła się w wiejskiej rezydencji, chociaż słowo „uczyła się” było dużym naciąganiem — dziewczynka nie chciała słuchać i nie okazywała żadnego szacunku nauczycielom. Większość z nich odmawiała pracy z nią nawet za duże pieniądze.

Z powodu ciągłego zajęcia Paweł Siergiejewicz widywał córkę tylko w rzadkie weekendy, podczas urlopów lub wakacji. Resztę czasu Ewa spędzała w domu z personelem, podczas gdy ojciec mieszkał w mieście.

Właśnie dlatego Krasnogorski chciał znaleźć nie tylko pomocnicę, ale prawdziwą bliską osobę dla swojej córki. Przed Niną nikt nie wytrzymał długo, ale ona postanowiła zaryzykować i spróbować swoich sił.

O wolnym stanowisku pracy Nina dowiedziała się od nauczycielki z lokalnej szkoły. Całe życie mieszkała w osadzie „Gruszki” – dawniej była to zwykła wieś. Wspominając dzieciństwo, Nina pamiętała, jak trzeba było wspinać się na dach domu, aby zobaczyć światła miasta.

Obecnie osada znacznie się zmieniła. Miasto powoli się rozrastało, prawie osiągając granice „Gruszek”. Jeśli tak dalej pójdzie, wkrótce staną się częścią metropolii. Szkoda — powietrze było tu najczystszym, rzeka płynęła nadal krystalicznie czysta, a lasy — niekończące się i pełne życia. Takie miejsca to prawdziwy skarb.

Nina Vladimirovna bardzo nie chciała opuszczać rodzinnego domu, w którym mieszka jej mama — Zinaida Ivanovna — i ukochana ciotka — Margarita Ivanovna Margulina.

Co prawda ciotka Rita nie mieszka w samej miejscowości, ale w lesie. Może się to wydawać dziwne, ale właśnie tam wybrała sobie dom. W młodości wyszła za mąż za leśniczego Semenę Nikołajewicza Margulina, a po jego śmierci nie wróciła już do ludzi.

Obecnie ma już około siedemdziesiąt lat, ale nadal mieszka wśród leśnych zarośli w solidnym domu, prowadzi małe gospodarstwo i zajmuje się ziołami. Ludzie przyjeżdżają do niej z daleka, ponieważ wiedzą, że Margulia jest znaną zielarką, która potrafi pomóc wielu osobom.

Czasami wychodzi z lasu, aby odwiedzić siostrę lub ukochaną siostrzenicę, kupić produkty w lokalnym sklepiku. Zdarza się też, że Nina sama przychodzi do ciotki. Często mówi, że ich rodowa tradycja jest przekazywana z pokolenia na pokolenie – starsza córka otrzymuje szczególny dar. Teraz przyszła kolej na Ninę.

Ale dziewczyna tylko macha ręką:

– Jakie dzieci, ciociu Rito? Niedługo skończę trzydzieści lat, a nie widać nawet cienia księcia. Czasami myślę, że w ogóle nigdy nie wyjdę za mąż. To chyba nie dla mnie.

„Nie mów tak” — odpowiada ciotka. „Nie słuchaj moich żartów. Ja widzę coś zupełnie innego: na pewno zostaniesz matką, urodzisz dziewczynkę, która będzie kontynuowała nasz ród. Nic się nie zerwie. Myślisz, że tylko zbieram zioła? Nie, umiem wiele rzeczy, po prostu lepiej trzymać swoją moc w ryzach, bo inaczej wymknie się spod kontroli”. Nie życzę nikomu źle, chociaż w naszej rodzinie były niebezpieczne czarownice.

— Przestań straszyć — wzdycha Nina. — Mów, co chcesz, tylko nie nawijaj. Wymyślasz takie rzeczy… Może napiszesz książkę? Lepiej daj mi zioła na ból głowy dla mamy — muszę już iść.

— Dobrze, dobrze, Nino. Zaraz przyniosę zioła, niech pomogą, jak zawsze — mówi Margulia i odchodzi do tej części domu, do której nikogo nie wpuszcza.

Nina zamyślona patrzy na sowa siedzącą w kącie z zamkniętymi oczami. Ciotka jest naprawdę dziwna, ale też naprawdę wygląda jak czarownica. Rozmawia ze zwierzętami, które bez strachu przychodzą do jej ogrodu i wydają się rozumieć ją jak ludzie.

Wszystko byłoby dobrze, ale Ninia martwi się jedną rzeczą — w jej rodzinie kobiety nie mają szczęścia w miłości. Albo w ogóle nie wychodzą za mąż, albo bardzo wcześnie owdowieją.

Również Marguli straciła męża w młodym wieku – nie skończył czterdziestki. Został zastrzelony przez kłusowników. Po tym wydarzeniu nie myślała już o małżeństwie, chociaż pozostała piękna i wiele osób składało jej propozycje. Ale Rita nie chciała być przyczyną nowych tragedii.

Matka Niny nigdy nie wyszła za mąż. Jeszcze w szkole Zinaida spotykała się z chłopakiem o imieniu Vladimir. Byli zaręczeni, planowali wspólną przyszłość. Ale los postanowił inaczej: młody człowiek został powołany do służby wojskowej i nie wrócił już z niej. Co dokładnie się stało, pozostaje do dziś tajemnicą. Wszystko skończyło się tragicznie.

Zinaida została sama, w ciąży i pogrążona w żałobie. Wiadomość o śmierci ukochanego omal nie spowodowała poronienia. Uratowała ją starsza siostra — Margulia. To właśnie ona wsparła młodszą siostrę, pomogła jej donosić ciążę i urodzić dziecko. Dziewczynka urodziła się zdrowa, dokładnie w terminie. Nadano jej imię Rita.

Wybór padł na imię „Nina”, które oznacza „królowa” lub „wielka”:

— Chciałam nazwać ją Ludmiła — wyznała nieśmiało Zinaida.

— Nie warto — przerwała jej Margulia. — Będzie Nina. To imię do niej pasuje. Będzie miała charakter, siłę, kręgosłup moralny. Bardzo ważne jest, aby nadać dziecku odpowiednie imię. Nie martw się, Zino. Wychowamy dziewczynkę. Ale nie wychodź już za mąż — to nie jest twoje przeznaczenie.

Od tego czasu Zinaida i Rita wspólnie wychowywały Ninę. Obie kobiety pozostały samotne. Chociaż Zina była bardzo młoda, kiedy urodziła córkę – miała zaledwie dziewiętnaście lat. Różnica między siostrami wynosiła dwadzieścia lat: kiedy urodziła się Zinaida, Rita miała już dwadzieścia jeden lat.

Nina dorastała w domu matki, w osadzie „Gruszki”. W pobliżu mieszkali dziadkowie ze strony ojca – zawsze wspierali wnuczkę, zwłaszcza w dzieciństwie i podczas nauki w mieście. Teraz dziewczyna starała się im pomagać, jak tylko mogła.

Nina wzięła z rąk ciotki zbiór ziół przeznaczonych na ból głowy matki i już miała wychodzić, gdy nagle przypomniała sobie o ważnej sprawie:

— Ciotko, zaproponowano mi pracę w wiejskiej rezydencji Krasnogorskiego. Znasz ją?

— Słyszałam — odpowiedziała krótko Margulia.

— No właśnie. Zastanawiam się, czy warto się zgodzić? A może lepiej odmówić?

Ciotka wzięła ją za rękę, zamyśliła się na chwilę i spokojnie powiedziała:

— Idź do pracy. Wszystko będzie dobrze.

— Naprawdę? — zapytała z niepokojem Nina. — Mówią, że to trudna, kapryśna dziewczynka. Boję się, że sobie nie poradzę.

— Poradzisz sobie — odpowiedziała pewnie ciotka. — Tylko załóż naszyjnik.

– Dobrze, ciociu – odpowiedziała Nina, wychodząc z domu. W jej sercu zapanował spokój.

Stało się to kilka dni temu. Dzisiaj, zbliżając się do wysokich kutych bram rezydencji Krasnogorskich, Nina czuła się bardzo niepewnie. Długo chodziła w tę i z powrotem, nie decydując się zadzwonić. Była dopiero siódma rano — dziewczyna przybyła dokładnie na czas, ale teraz dręczyły ją wątpliwości: a może wszyscy jeszcze śpią? Albo nikt nie przyjdzie?

Za bramą panowała całkowita cisza — ani wiatru, ani szelestu liści, nic.

Nagle podszedł do niej mężczyzna w dresie i tenisówkach. Wyglądało na to, że był to jeden z tych, którzy często biegają w tej okolicy:

— Co tu robisz? — zapytał z lekką drwiną.

— A pan z jakiego powodu się tym interesuje? — odparła Nina. — Może łapie pan tu szpiegów?

— Po pierwsze, dzień dobry — uśmiechnął się mężczyzna. – Po drugie, znam właścicieli tego domu. Jeśli potrzebujesz pomocy, mogę coś zrobić. W czym mogę pomóc?

Nina była nieco zakłopotana, ale postanowiła wykorzystać sytuację:

– Dzień dobry – zaczęła. – Przyszłam na rozmowę kwalifikacyjną. Chciałabym spróbować swoich sił jako wychowawczyni córki państwa Krasnogorskich. Oczywiście, jeśli mnie przyjmą.

– Powodzenia – powiedział mężczyzna. – Myślę, że ma pani szansę. To bardzo mili ludzie.

– Mili? – prychnęła Nina. – Może dla pana są mili, bo jest pan sąsiadem lub przyjacielem. A ja jestem tylko obca, pracownica. On tylko na mnie spojrzy i od razu będzie wiadomo, że mnie nie potrzebuje. Chociaż mam dwa wykształcenia: filologiczne i dziennikarskie. Wystąpienia publiczne to moja specjalność. Ale wystarczy, że znajdę się w pobliżu tych bogatych pałaców, a język mi się klei do podniebienia.

— Filologia i dziennikarstwo? — zauważył mężczyzna, ukrywając uśmiech. — To ma pani przewagę.

— Nawet jeśli tak, to jak mam się teraz przedstawić? Zadzwonić do bramy, czy lepiej na telefon? A może ich obudzę? Bardzo chcę tę pracę. Krasnogorski płaci kwoty, których nawet dyrektor szkoły nie widział. Krótko mówiąc, bogacz.

— Nie dzwoń. Lepiej zapukaj monetą do bramy. Głośno.

— Po co? — zdziwiła się Nina.

— Wezwiesz ochroniarza. Zaprowadzi cię do środka lub poprosi, żebyś poczekała w dogodnym miejscu — wyjaśnił nieznajomy.

Nina uśmiechnęła się, wyjęła klucze i nie znajdując monet, zapukała nimi w bramę. Brzmiało to głośno – sama się przestraszyła.

– Dobrze, że pan tu był – podziękowała. – Nie wiem, co bym bez pana zrobiła. Bardzo dziękuję!

W tym momencie rozległo się niezadowolone burczenie i kroki. Do bramy wybiegł ochroniarz, przeklinając:

– Kto nie może spać? Kto tu hałasuje?! Zaraz dostaniesz po łbie!

Otworzył furtkę i wyskoczył na zewnątrz, gotowy do dalszego krzyczenia. Ale widząc Ninę, nagle zamilkł, uśmiechnął się i skłonił:

— Dzień dobry, Pawle Siergiejewiczu. Przepraszam, nie poznałem.

Nina odwróciła się z zaskoczeniem. Za jej plecami stał ten sam „sąsiad”, który okazał się nie byle kim, ale samym Pawłem Siergiejewiczem Krasnogorskim.

— To pan? — wyszeptała Nina, przyciskając dłoń do piersi. — Dlaczego tak pani robi? To żart?

— Proszę wejść do domu, porozmawiamy — powiedział łagodnie biznesmen. — Proszę się nie obrażać. Chciałem tylko rozładować atmosferę. Wyglądała pani na tak spiętą, że postanowiłem dodać trochę humoru. Jak pani widzi, nie jestem takim nieziemskim człowiekiem.

Paweł roześmiał się, a za nim ochroniarz, ale Nina pozostała poważna:

— Wie pan co? Zmieniłam zdanie co do pracy u pana. Jeśli pan jest takim żartownisiem, to czego mogę oczekiwać od pańskiej córki? Mówiono mi, że dziewczynka jest trudna, ale po takim zachowaniu ojca… — głos zadrżał i Nina zaczęła płakać.

Właściciel i ochroniarz delikatnie wyprowadzili ją na podwórze i posadzili w fotelu na werandzie. Paweł wezwał gospodynię i obiecał wrócić za dziesięć minut, żeby wziąć prysznic i przebrać się.

Nina nadal płakała. Wydawało jej się, że stała się pośmiewiskiem. Oszukano ją, wystawiono na pośmiewisko przed ochroniarzami. Jak mogła uwierzyć, że ktoś radzi jej pukać monetą do bramy?

Wkrótce się uspokoiła. Przed nią rozciągał się wspaniały ogród, basen z nadmuchiwanym łabędziem, kwiaty, drzewa oświetlone porannym słońcem.

Dziewczyna nagle zapragnęła dotknąć łabędzia. Podchodząc do basenu, pociągnęła zabawkę za dziób, ale okazało się, że jest przymocowana. Zaskoczona Nina straciła równowagę i wpadła prosto do wody. Jednak świetnie pływała i szybko się wydostała.

Mokra, z przyklejoną sukienką i mokrymi włosami, próbowała wycisnąć ubranie. Zza krzaków wyłoniła się gospodyni — kobieta około pięćdziesiątki, ubrana jak bohaterka angielskiej powieści z XIX wieku. W rękach trzymała tacę z kawą i ciastkami. Widząc Ninę, zamarła w miejscu…

— Co tu się dzieje? — zapytała surowo kobieta w staromodnej sukience, trzymając w rękach tacę z kawą i ciastkami. – Czy pani jest nową guwernantką?

– Nie jestem pewna – odpowiedziała szczerze Nina, wciąż wyciskając mokrą spódnicę.

– Więc kim pani jest? – zdziwiła się gospodyni.

– Nazywam się Nina Wasilkowa – przedstawiła się dziewczyna.

— To pani jest tą wychowawczynią, o której mówił Paweł Siergiejewicz — skinęła głową kobieta. — Bardzo mi miło. Nazywam się Andriana Walerianowna.

— Przepraszam, że tak się stało… — zaczęła Nina — po prostu ma pani takie niezwykłe imię…

— Niezwykłe jest to — przerwała jej chłodno gospodyni — że dorosła kobieta, która przyszła na rozmowę kwalifikacyjną, postanowiła popływać w basenie w butach. A moje imię jest zwyczajne, po prostu pani ma chyba mało kultury.

Andriana postawiła tacę na stole i bez pożegnania wyszła. Nina poczuła się głupio i niezręcznie. Rzeczywiście, dzień zaczął się dziwnie: wszystko szło na przekór. Ale mimo wszystko wydaje się, że dostała pracę. Przynajmniej tak powiedziała gospodyni.

W brzuchu burczało — nie jadła od rana. Przesuwając talerz z ciastkami, Nina szybko je zjadła, ale kawa wydawała jej się zbyt gorzka. Skrzywiła się i odsunęła filiżankę.

W międzyczasie całą scenę obserwował gospodarz domu – Krasnogorski. Stał przy oknie na drugim piętrze, rozmawiając przez telefon, i nie mógł ukryć uśmiechu. Coś w zachowaniu tej dziewczyny poruszało jego duszę. Sam nie rozumiał dlaczego. Najważniejsze, żeby Nina znalazła wspólny język z Evą. Nie było to łatwe zadanie. Po pewnym czasie Paweł wyjechał do pracy, a Nina miała spotkać się twarzą w twarz ze swoją podopieczną.

Gospodarz miał wszelkie powody, by się martwić, obserwując poranne wydarzenia. Jeszcze przed obiadem Ewa doprowadziła swoją nową nauczycielkę do skrajnej irytacji. A teraz Nina płakała w łazience, zamknięta od wewnątrz pokoju dziewczynki. Była tam dokładnie trzydzieści minut, ponieważ Ewa celowo zamknęła drzwi od zewnątrz i nie miała zamiaru jej wypuścić.

Dziewczynka leżała na łóżku, pochłonięta grą na telefonie i udawała, że nie słyszy żadnych próśb ani namów. W pewnym momencie Nina, wściekła z gniewu, krzyknęła:

— Zamienię waszą ohydną rodzinę w ropuchy!

— Tylko nie bajki, nauczycielko — w końcu zareagowała Ewa. — Już dawno przestałam wierzyć w wróżki i Świętego Mikołaja.

— To nie są bajki, mała łobuziaro — ripostowała Nina. — Mam ciotkę, która mieszka w lesie z sową i naprawdę potrafi wiele rzeczy. To właśnie ona poradziła mi, żebym przyszła tu pracować.

Nieoczekiwanie Nina usłyszała, jak otwierają się drzwi do łazienki. Z szpar wyłoniła się zaciekawiona twarz Ewy:

— Pewnie kłamiesz — powiedziała dziewczynka z niedowierzaniem.

– Daj mi mój telefon – poprosiła Nina, myjąc twarz i ocierając łzy.

Ewa przyniosła urządzenie, które zostało w pokoju. Nina przejrzała zdjęcia i odwróciła ekran w stronę dziewczynki:

– Spójrz. To dom mojej ciotki Marguli. Zobacz, kto chodzi po jej podwórku. O tak. Więc przygotuj się – wkrótce będziesz skakać wokół basenu i kwakać każdego ranka.

Nina roześmiała się, a Ewa zamarła, patrząc na zdjęcie.

– Margucia to twoja ciotka? – zapytała ostrożnie dziewczynka.

– Tak. A jeśli będziesz grzeczna, mogę cię nawet zabrać do niej.

– Naprawdę?! – oczy Ewy zabłysły. – Jeśli mnie do niej zabierzesz, będę zawsze cię słuchać. Obiecuję.

— Po pierwsze, nie wierzę ci — uśmiechnęła się Nina. — A po drugie, po co ci moja ciocia? Powiedz prawdę, a wtedy zastanowię się.

Ewa spuściła wzrok i cicho powiedziała:

— Chcę ją poprosić, żeby przywróciła mi mamę.

Nina zamarła. W pokoju zawisło napięcie. Po długiej przerwie w końcu znalazła słowa:

— Dobrze. Porozmawiam z ciocią. Jeśli będzie mogła ci pomóc, to na pewno pójdziemy. Obiecuję.

— Dobrze — skinęła głową Ewa. — No dobrze, pokój. Wyjdź już. Nie będę więcej tak robić. Tylko ty też nie narzekaj na mnie, dobrze?

— Obiecuję — uśmiechnęła się Nina. — Nigdy nie będę narzekać.

Po obiedzie Ewa miała zajęcia. Tego dnia po raz pierwszy od dawna siedziała przez trzy lekcje z rzędu, nie wykręcając żadnych sztuczek i nie denerwując nauczycieli matematyki i geografii. Kiedy dziewczynka była zajęta, Nina postanowiła wykorzystać wolną chwilę i poszła do kuchni, aby poznać domową kucharkę — Wierę Pietrowną.

Wiera Pietrowna okazała się miłą i życzliwą kobietą. Pracowała w tym domu od wielu lat i wiedziała wszystko o rodzinie Krasnogorskich. To właśnie od niej Nina miała nadzieję dowiedzieć się prawdy o tym, dlaczego Ewa mówi, że jej matka zaginęła.

— Och, moje dziecko — westchnęła kobieta, mieszając łyżką herbatę — to taka historia, że nawet trudno o niej wspominać. Nasza biedna Ewa…

— Bardzo proszę, opowiedz mi — poprosiła Nina. — Jeśli chcę znaleźć sposób na dziecko, muszę zrozumieć, co ją niepokoi. Domyślałam się już, że dziewczynka nie jest kapryśna bez powodu, ale myślałam, że to wszystko przez brak uwagi ojca.

— To też — skinęła głową kucharka. — Ale najważniejsze jest coś innego. Dziewczynka tęskni za mamą. Anny już nie ma z nami. Zmarła, kiedy Ewa miała zaledwie rok.

— Była chora? — zapytała Nina.

— Znacznie gorzej — potrząsnęła głową Wiera Pietrowna. — Jeśli chcesz wiedzieć wszystko, usiądź wygodnie. A ja opowiem ci historię poznania Pawła Siergiejewicza i jego pierwszej żony.

Paweł Krasnogorski i Anna Szczacka poznali się w niezwykle nietypowych okolicznościach. Pewnego dnia dziewczyna rzuciła się prosto pod koła jego samochodu. Na szczęście nie jechał zbyt szybko, inaczej doszłoby do tragedii.

Młody biznesmen wyskoczył z samochodu i pomógł dziewczynie wstać. Przed nim stała piękna kobieta pełna bólu i rozpaczy. Wyznała, że chciała odebrać sobie życie z powodu złamanego serca. Paweł był wstrząśnięty. Czuł się odpowiedzialny za tę kobietę — to przecież pod jego samochód postanowiła rzucić się. A co, gdyby jechał trochę szybciej?

Odprowadził ją do domu, ale poprosiła, żeby został chwilę – żeby się uspokoiła, odetchnęła. Weszli do jej mieszkania, planując posiedzieć chwilę, ale ostatecznie rozmawiali do późnej nocy.

Anna okazała się nie tylko piękna, ale także interesującą rozmówczynią. Zajmowała się nauką – była doktorantką, specjalistką w dziedzinie oceanologii, badała morza i oceany. Opowiadała o swoich badaniach z takim zapałem, że Paweł nawet pomyślał, że się zakochał.

Wydawała się tajemnicza, jakby przyszła z innej planety. Szczególnie fascynowały ją historie o zatopionych statkach, starożytnych skarbach i piratach. Słuchał jej godzinami, nie przerywając, i czuł, jak budzi się w nim uczucie, o którym dawno zapomniał.

Żegnając się, wymienili numery telefonów i umówili się na kolejne spotkanie. Ale całą noc Paweł nie mógł zasnąć, myśląc o niej. Jak można porzucić taką kobietę? Kto mógł jej wyrządzić taką krzywdę?

Anna opowiedziała mu, że zostawił ją ukochany, odchodząc do jej najlepszej przyjaciółki. Postanowiła więc zerwać z życiem. Ta zdrada była dla niej zbyt ciężkim ciosem.

„„Co za podłość” – pomyślał wtedy Krasnogórski. „Dwie najbliższe osoby zdradziły ufną dziewczynę. Jak ona to zniosła?”.

Z czasem ich relacje stały się bliższe – najpierw przyjacielskie, a potem romantyczne. Anna poprosiła Pawła, aby znalazł jej pracę – nie chciała już widzieć ani swojego byłego, ani jej przyjaciółki, którzy nadal pracowali w instytucie.

Paweł rzucił się w wir pracy z entuzjazmem. Robił wszystko, co w jego mocy, aby uśmiech nie znikał z twarzy tej kobiety. W końcu zaczęli się spotykać, a wkrótce pobrali się.

Właśnie w tym czasie Wiera Pietrowna pracowała już w domu Krasnogórskich. Mieszkali wtedy w luksusowym mieszkaniu w prestiżowej dzielnicy. Ale nowa pani nie wzbudzała zaufania kucharki. Pod maską niewinności kryła się prawdziwa przebiegła kobieta.

Chociaż na zewnątrz Anna starała się być miła i życzliwa, zwłaszcza gdy był w pobliżu mąż, w samotności stawała się zupełnie inna. W pracy pozwalała sobie na wiele — poniżała pokojówkę i samą Wierę Pietrowna. Ta nie wytrzymała i odeszła. Wiera pozostała — była doświadczona i nie tak prosta jak inne.

Nieważne, jak bardzo Anna ją dręczyła — Wiera pozostawała niezłomna.

— Minęło dziesięć lat, odkąd jej nie ma, a ja nadal tu jestem — uśmiechnęła się kucharka. — Teraz mieszkamy we własnym domu i życie jest dobre. Tylko Paweł Siergiejewicz nadal się nie żeni. Chociaż oczywiście ma kobiety — młode, bogate, piękne. Nie mogłoby być inaczej. Tylko nie może znaleźć bratniej duszy. Cierpi Ewa i cierpimy wszyscy.

Nina zauważyła, że Wiera powiedziała „kupiliśmy dom”, jakby naprawdę miała z tym coś wspólnego. Ale jedno stało się jasne – ci, którzy długo pracują w tym domu, zaczynają uważać się za część rodziny. A to oznacza, że właściciel nie jest zimnym, wyniosłym człowiekiem, ale dobrym i otwartym.

– Proszę opowiedzieć, jak zginęła Anna? – zapytała ponownie Nina.

– To osobna historia – westchnęła Wiera Pietrowna. – Paweł zbytnio ją rozpieszczał. Dał jej wszystko, o co tylko poprosiła. Ale nawet nie zauważył, że ona nie kochała jego samego, tylko jego pieniądze. Teraz opowiem więcej.

Już wtedy, kiedy Paweł podarował jej pierścionek z ogromnym brylantem, Wiera Pietrowna zrozumiała, że coś jest nie tak. Anna dosłownie promieniała szczęściem, całowała kamień, kręciła nim przed oczami. Potem kucharka niejednokrotnie zauważała, jak Anna oglądała swoją biżuterię, jakby to były skarby pirata.

— Gdyby naprawdę była jubilerem lub kolekcjonerem, zrozumiałabym — dodała Wiera. — A tak — zwykła dziewczyna, chciwa, powierzchowna i, jak się okazało, niewykształcona. Jak Paweł mógł uwierzyć, że jest doktorantką oceanologii?

Jedna sytuacja szczególnie zapadła mi w pamięć. Pewnego razu kucharka usłyszała, jak Anna chwaliła się przyjaciółce przez telefon:

— Razem z Pawłem wybieramy się na Malediwy w podróż poślubną. Marzę, żeby znów zobaczyć Ocean Spokojny.

– Wyobrażasz sobie? – oburzyła się Wiera. – Malediwy leżą na Oceanie Indyjskim, a nie Spokojnym. Wie o tym każdy uczeń. A tym bardziej naukowiec-oceanolog.

– Teraz rozumiem – skinęła głową Nina.

— Mówiłam Pawłowi, ale on był jakby w transie. Odpowiadał: „Co za różnica, niech będzie nawet dojarką — mi to jedno”. Ale czy to może być „jedno”, jeśli ktoś cię oszukuje? No dobrze, słuchaj dalej.

Było wiele innych momentów, które pokazały prawdziwą naturę Anny. Na przykład na ślub Paweł podarował jej stary wisiorek – pamiątkę rodzinną. Składał się z dwóch połówek: jedną nosił mąż, drugą żona. Według legendy wisiorek łączy serca zakochanych. Mówiono, że nawet jeśli ich drogi się rozejdą, na pewno znów się odnajdą.

Paweł opowiedział jej tę historię z ciepłem, podzielił wisiorek i założył swoją połowę na szyję. Drugą przekazał żonie. Anna nie wyraziła jednak szczególnego zachwytu – ceniła tylko diamenty. Kiedy mąż był w pobliżu, nosiła wisiorek, ale gdy tylko wyjeżdżał, zdejmowała go i złościła się, nazywając go głupotą i zbędną rzeczą.

Ale najbardziej Wiera Pietrowna oburzało to, że Anna nie chciała mieć dziecka. Niania wielokrotnie słyszała, jak Paweł marzył o rodzinie:

— Zawsze chciałem mieć dużą rodzinę. Żeby dzieci biegały, bawiły się… Nawet siedmioro na ławkach!

Anna jednak na wszelkie sposoby odradzała mu to:

— Jesteśmy jeszcze młodzi, Paszenka. Najpierw pomyślmy o sobie.

— Nie jesteśmy aż tak młodzi, kochanie. Ja mam trzydzieści lat, ty dwadzieścia osiem. Dlaczego nie mielibyśmy zacząć?

— Chcesz powiedzieć, że jestem stara? — Anna wydęła usta. — A w ogóle, jak będę wyglądać po siedmiu dzieciach?

— Ależ co ty, żartowałem. Weźmy chociaż jedno — namawiał ją.

— A jak będę odpoczywać? Będę słuchać, jak dziecko płacze całą noc? Tutaj ściany są cienkie, wszystko słychać. Może najpierw kupisz dom? Tam jest powietrze i natura.

— Poczekaj trochę, kochanie. Jeszcze kilka transakcji i spłacę kredyty. Wtedy na pewno kupimy dom.

Anna nie chciała czekać. Marzyła o wszystkim naraz: o luksusie, podróżach, drogich prezentach. Ale w rzeczywistości nie wszystko było tak różowe. Pawło nie był w stanie zabrać żony nawet na Malediwy — sytuacja finansowa okazała się trudniejsza, niż się spodziewał. Anna myślała, że wyszła za mąż za miliardera, a okazało się, że jej mąż jest początkującym biznesmenem, zadłużonym po uszy.

Jeszcze większą irytację wywołała wiadomość o ciąży. Kobieta była w szoku. Nigdy nie przypuszczała, że może zajść w ciążę. Paweł musiał z całych sił przekonywać ją, aby zatrzymała dziecko. Były to trudne negocjacje, przypominające bardziej walkę niż rozmowę rodzinną.

Kiedy urodziła się Ewa, Krasnogórski był wniebowzięty. Od pierwszych sekund kochał swoją córkę. Dla niego stała się centrum wszechświata, jedynym prawdziwym sensem życia. Anna natomiast po urodzeniu dziecka stała się jeszcze bardziej drażliwa i egoistyczna. Chociaż wydawało się, że nie może być już gorzej.

Przybrała na wadze, zaczęła intensywnie ćwiczyć na siłowni, próbując odzyskać dawną formę, ale nawet nie zbliżała się do dziecka. Ewa nie dostała ani jednego dnia mleka matki. Paweł zatrudnił profesjonalną nianię, która całkowicie przejęła opiekę nad dzieckiem. Wszystko szło zgodnie z planem, z wyjątkiem jednego — w tym domu nie było już matki.

Wcześniej między małżonkami dochodziło jedynie do niezadowolonych spojrzeń i złośliwych uwag. Teraz zaczęły się prawdziwe kłótnie. Paweł był zaniepokojony tym, że Anna całkowicie ignoruje dziecko. Ona z kolei obwiniała go za to, że razem zniszczyli jej ciało, zepsuli proporcje sylwetki i domagała się pieniędzy na operację liftingu.

Zresztą pieniądze były jej zawsze potrzebne. Na sukienki, biżuterię, wypoczynek, nowe kaprysy. Domagała się uwagi, miłości, troski, ale sama nic z tego nie dawała. Kiedy konflikty osiągnęły punkt kulminacyjny, Paweł był już gotów podpisać dokumenty rozwodowe, ale dla małej Ewy znosił wszystko.

Pomimo całkowitej obojętności matki, dziewczynka ciągle prosiła, żeby ją wziąć na ręce. Chodziła za Anną jak cień, ciągnęła ją za rękę i mówiła: „Na-na”. W ten sposób mała Ewa prosiła o miłość. Ale Anna za każdym razem wzywała nianię i prosiła, aby zabrała dziecko. Dziewczynka płakała, zabierano ją, a serce Pawła pękało na kawałki.

Mężczyzna miał nadzieję, że z czasem Anna zbliży się do córki, że znajdą wspólny język, ale ta nadzieja pozostała tylko marzeniem. Pewnego dnia poinformowała, że wybiera się na zjazd absolwentów. Tam mogła pochwalić się swoją pozycją przed starymi znajomymi.

Kobieta ubrała się w stroje wysadzane diamentami, chwyciła kluczyki do nowego samochodu, który podarował jej mąż, i odjechała. Nikt z rodziny Krasnogorskich nie widział jej więcej.

Później okazało się, że grupa przyjaciół po wizycie w restauracji postanowiła kontynuować zabawę nad rzeką. Ludzie byli w stanie upojenia alkoholowego, ale to ich nie powstrzymało. Decyzja o kąpieli okazała się fatalna.

Było już późno. Rzeka płynęła szybko i niebezpiecznie. Dziewczyny rozebrały się i poszły kąpać się po jednej stronie trzcinowiska, mężczyźni po drugiej. Kiedy wszyscy zebrali się, aby odejść, okazało się, że nie ma Anny. Pobiegli wzdłuż brzegu, krzyczeli, wołali. Ale kobieta zniknęła bez śladu.

Ktoś z grupy znalazł jej telefon w samochodzie i zadzwonił do Pawła. Policja prowadziła poszukiwania przez kilka dni, ale Anny nie znaleziono. Znaleziono tylko starannie złożone ubrania i buty na wysokich obcasach. Miejscowi mieszkańcy od dawna wiedzieli, że w tych miejscach nie wolno się kąpać – zginęło zbyt wiele osób, a ciał nigdy nie znaleziono.

Paweł bardzo przeżył tę stratę. Kiedy ból nieco ustąpił, jakby skamieniał w duszy. Nie wiązał już żadnej przyszłości z kobietami, nie wierzył w miłość. Natomiast Ewa często mówiła, że chce mamę, marzyła o bracie lub siostrze, wierzyła, że rodzina znów będzie szczęśliwa.

— Czyli cała jej zuchwałość to protest przeciwko temu, że w rodzinie nie ma matki? — zapytała Nina.

— Oczywiście, kochanie — odpowiedziała Wiera Pietrowna. — Już od godziny ci to tłumaczę.

— A dlaczego więc mówi, że mama po prostu zaginęła, skoro oficjalnie Anna jest uznana za zmarłą?

— Tu właśnie tkwi zagadka — pokręciła głową kucharka. — Kilka miesięcy przed zniknięciem Anna wpadła w histerię, twierdząc, że jej matka zachorowała i potrzebuje pieniędzy. Paweł jej dał. Następnie postanowiła schować wszystkie swoje kosztowności w skrytce bankowej. Chociaż w domu był sejf, to właśnie skrytka była jej potrzebna. Zabrała wszystko i od tamtej pory nikt nie widział ani diamentów, ani naszyjnika podarowanego jej przez męża.

Dlatego Ewa myśli, że mama po prostu odeszła, ale na pewno wróci. Pamięta legendę o połówkach naszyjnika, które zawsze się odnajdują.

Ale posłuchaj mnie, Ninoczka, ona nigdzie nie wróci. Nie utopiła się. Po prostu uciekła. Samochód też zniknął. Był wieczorem, a rano już go nie było. Zgłoszono kradzież, ale nigdy go nie znaleźli.

— Ale po co uciekać od bogatego męża, skoro tak kochała pieniądze? — nie rozumiała Nina.

— Teraz jest bogaty — uśmiechnęła się Wiera Pietrowna. — Ale kiedy Anna zniknęła, Paweł prawie zbankrutował. Zaciągnął kredyty, wpakował się w głupotę. Został dosłownie bez grosza, a ona nadal paradowała w futrach i klejnotach. Wyczuła, że sprawy mają się źle, i zwinęła się.

— Cóż za historia… Bardzo dziękuję, Wero Pietrowna. Teraz łatwiej mi będzie znaleźć wspólny język z Evą.

W tym momencie do kuchni wbiegła szczęśliwa Eva:

— Hurra! Lekcje się skończyły! Nina, wybierzmy mi ubranie na spacer do lasu!

— Jaki las? — zdziwiła się Wiera Pietrowna. — Ewa, tata wie?

— Nie wie. To nasza tajemnica z Niną, prawda? — dziewczynka mrugnęła do wychowawczyni i uciekła.

— Nina, gdzie się wybieracie? — zaniepokojona zapytała kucharka.

— Po prostu idziemy do lasu. Nic strasznego — uśmiechnęła się Nina. Przypomniała sobie obietnicę, że nie wyda dziewczynki.

— Co ty? Paweł Siergiejewicz surowo zabronił Ewie wychodzić za bramę bez opieki. Jeśli się dowie, będzie burza.

— Nie jest sama. Jestem z nią. Jestem jej wychowawczynią. Co to za wychowanie, trzymać dziecko na smyczy? Dlatego tak się zachowuje, bo jest stłamszona – oburzyła się Nina.

– No dobrze, idźcie, ale jeśli Andriana się dowie, powie panu – ostrzegła Vera.

Nina machnęła ręką, pocałowała kucharkę na pożegnanie i pobiegła za Evą. Wybierały ubrania, kąpały się w basenie, jadły kolację na trawie, co przeraziło gospodynię. O ósmej wieczorem Nina zebrała się do domu. Kilka minut później dogonił ją ochroniarz samochodem. Długo ją beształ, ale wyjaśnił, że gospodarz kazał mu samemu ją odwieźć. Nina wzruszyła ramionami i zgodziła się.

W domu Paweł późno przyszedł pożegnać się z córką. Ewa nie spała:

— Tato, w końcu! — mocno go objęła i długo nie puszczała.

– No i co, księżniczko, nowa wychowawczyni też odchodzi?

– Nie. Chcę, żeby Nina zawsze u nas pracowała. Dobrze? – poprosiła dziewczynka, składając ręce jak do modlitwy.

– Ojej! Nawet zapamiętałaś imię! Nina Władimirowna, tak się nazywa.

– Nie, po prostu Nina. To moja przyjaciółka. Mamy swój sekret.

— Jaki?

— To sekret. Idź spać. Jutro trzeba wcześnie wstać. Nina przyjdzie i będziemy się bawić.

Pavel wyszedł z pokoju córki i stał zamyślony. Czyżby los w końcu sprowadził do ich domu osobę, która pokocha Ewę? Tak długo o tym marzył…

W domu Nina opowiedziała o swoim pierwszym dniu w pracy. Przy herbacie z mamą i ciocią Ritą siedziały do późna.

— Mówiłam ci, idź, nie pożałujesz — uśmiechnęła się Margucia, popijając herbatę z spodka.

– Zobaczymy, ciociu Rito. To dopiero pierwszy dzień. Nie wiadomo, co Ewa jutro wykręci.

Opowiedziała o dziwnym poranku: jak o siódmej stukała kluczami do bramy, jak „sąsiad” okazał się właścicielem rezydencji, jak przypadkowo wpadła do basenu.

Zinaida Iwanowna i Rita długo się śmiały, aż Marguła spojrzała poważnie na siostrzenicę i powiedziała:

– To dlatego, że nie założyłaś naszyjnika – stwierdziła stanowczo Marguła, stawiając filiżankę na stole.

– A co ma z tym wspólnego wisiorek? – odparła zirytowana Nina. – Nawet gdybym go nosiła, stałabym się mądrzejsza i od razu zrozumiałabym, że ten mężczyzna to sam Paweł Siergiejewicz?

– Dokładnie tak – odpowiedziała spokojnie ciotka. – Wisiorek daje mądrość tym, do których należy.

Był to stary amulet ozdobiony wieloma małymi granatowymi kamyczkami. Margulja znalazła go wiele lat temu – około dziesięć – na brzegu rzeki w lesie. Kobieta była przekonana, że to nie tylko ozdoba, ale część starożytnej pary, zaklętej na miłość.

– Może to twój przyszły mąż go zgubił, a ty przypadkiem znalazłaś? A może mój? – zaśmiała się Nina.

– Głupia, nie ma znaczenia, kto go znalazł, ważne jest to, kto będzie go nosił. I nikt go nie zgubił. Widziałam – jest starannie zawieszony na krzaku. Na gałęzi dzikiej porzeczki. Zbierałam wtedy młode liście na wywar, a tu nagle coś błysnęło, jakby mnie wołało. Spojrzałam – to był wisiorek. Od razu zrozumiałam: jest dla ciebie. Weź go jutro ze sobą do pracy. I pod żadnym pozorem nie zdejmuj.

— Nie będę go nosić — upierała się Nina. Ale nagle olśniło ją: — Słuchaj, Marguś, mogę jutro do ciebie wpaść?

— Oczywiście, wpadnij. Tylko przynieś mi chleb i kup sól. Nie zdążyłam dzisiaj do sklepu.

— A mogę zabrać ze sobą koleżankę? — zapytała ostrożnie siostrzenica. — Ona chce cię poznać.

— Jaką koleżankę? Czego ona chce? — zmarszczyła brwi zielarka. — Ostrzegam: nie robię uroków.

— Ona nic takiego nie chce — potrząsnęła głową Nina. — To dziecko. Ma jedenaście lat.

— Nie, nie chcę dzieci. Nawet nie będę z nimi rozmawiać. Nie ma dla nich miejsca w moim domu.

— Proszę, Marguś — błagała Nina. — To Ewa — dziewczynka, którą się teraz opiekuję. Prosi o pomoc w odnalezieniu mamy. Chce, żeby jej rodzina znów była szczęśliwa.

Cisza ciągnęła się, aż w końcu kobieta powiedziała:

— Dobrze. Przyjdźcie. Ale pod jednym warunkiem: od jutra będziesz nosić naszyjnik. I nie zdejmuj go ani na chwilę.

– Obiecuję – podniosła rękę Nina. – Przysięgam.

Następnego ranka, o świcie, Ewa i jej wychowawczyni przedzierały się przez zarośla dzikiej róży za rezydencją do ukrytej furtki prowadzącej do lasu. Poruszały się ostrożnie, starając się nie dać się zauważyć strażnikom. Dopiero gdy znalazły się na wolności, odetchnęły z ulgą i pobiegły w stronę lasu, jak spiskowcy ukrywający się przed wszystkimi.

— Uff, nie zauważyli — zaśmiała się Ewa, upadając na miękką trawę.

— Cicho — upomniała ją Nina. — Jesteś w lesie, a nie na placu zabaw. Biegasz tu jak piłeczka. Przestraszysz wszystkich mieszkańców.

— Jakich mieszkańców? — nie zrozumiała dziewczynka.

— Leśnych — odpowiedziała poważnie Nina. — Jesteśmy w ich domu. Trzeba zachowywać się z szacunkiem. Tak mówi ciocia Rita.

Ewa słuchała uważnie każdego słowa. Dla niej Nina była raz surową nauczycielką, raz wesołą przyjaciółką, a nawet trochę czarodziejką. Dziewczynka nie rozumiała, jak może się tak zmieniać, ale było to dla niej interesujące.

A kiedy weszli na podwórko Marguli, Ewa poczuła się jak w bajce. Przy samym ganku spokojnie pasły się leśne jelonki, koźlęta, zające, a nawet borsuk. Ewa nie spodziewała się czegoś takiego. Z zaskoczenia otworzyła usta i przez chwilę chodziła w kółko, przyglądając się zwierzętom.

Kiedy Margulia wyszła z domu, żadne zwierzę się nie przestraszyło. Wszystkie znały tę kobietę i ufały jej. Ona sama wyglądała jak dobroduszna babcia z książek, a nie straszna czarownica, o której często się opowiada.

— To ty jesteś tą Ewą, która chce przywrócić szczęście swojej rodzinie? — zapytała Margulia.

Dziewczynka skinęła głową.

– Chcesz też odzyskać mamę? – kontynuowała zielarka.

– Tak – szepnęła Ewa. – Żeby była dobra, kochająca, zawsze blisko. Żeby tata spędzał więcej czasu w domu, jak inni rodzice. I żebym miała brata lub siostrę. Jest mi bardzo samotnie.

— Wejdź — skinęła głową Margucia. — Postaram się pomóc.

Ewa radośnie wbiegła do domu, głaszcząc po drodze jednego z koziołków. W środku pachniało ziołami, na stole dymił herbata. W kącie siedział puchacz i obserwował gościa. Sprawiało to wrażenie, jakby w tym domu mieszkała prawdziwa bajka.

— To samonakrywająca się serweta wszystko przygotowała — powiedziała z uśmiechem Margulia. — Nie miałam zamiaru dzisiaj gotować.

Ewa westchnęła. Nina szepnęła cicho:

— Ciotko Rita, przestań straszyć dziewczynkę. Zaraz jeszcze dywan-samolot się znajdzie.

Zielarka tylko mruknęła.

Cały dzień pili herbatę, śmiali się i opowiadali historie. Kiedy goście zebrali się, aby odejść, Margucia dodała:

— A propos, Nina ma wkrótce urodziny. Za tydzień.

— Dlaczego mi nie powiedziałaś? — obraziła się Ewa.

— Nie było okazji — wzruszyła ramionami Nina. — No, teraz już wiesz. Zapraszam cię na uroczystość.

– Super! – ucieszyła się dziewczynka. – Świętujemy u nas w ogrodzie. Nakryjemy duży stół, zaprosimy gości. Tata na pewno przyjedzie, i Marguła, i twoja mama!

– To trochę niewygodne… – zaczęła odmawiać Nina.

— Nie, nie, damy radę! — stwierdziła już stanowczo Ewa. — Urodziny muszą być wielkie, piękne i szczęśliwe!

I nadszedł dzień urodzin Niny. W ogrodzie rezydencji Krasnogorskich nakryto wspaniały stół. Przybyli Margulia, Zinaida, Wiera Pietrowna i Andriana Walerianowna. Słońce igrało na śnieżnobiałym obrusie, kwiaty pachniały, dzieci śmiały się.

Sam gospodarz pojawił się nieco później. Ewa wstrzymała oddech — po raz pierwszy ojciec nie zapomniał o obietnicy. Podszedł do Niny, wręczył jej ogromny bukiet i powiedział kilka ciepłych słów. Wstała od stołu i podeszła do niego.

Pawło Siergiejewicz nagle zamarł, zauważając wiszący na jej szyi wisiorek. Jego twarz napięła się, a spojrzenie pociemniało.

— Skąd masz ten wisiorek? — zapytał niemal szeptem.

— Ciotka znalazła go w lesie — odpowiedziała Nina, nie rozumiejąc, dlaczego tak się poruszył.

Bez dalszych wyjaśnień Krasnogórski szybko wszedł do domu. Po dziesięciu minutach wrócił, trzymając w dłoni połowę identycznego wisiorka. Podszedł bliżej i rozchylił dłoń. Przed Niną leżała druga połowa – ta sama, którą kiedyś podarował swojej pierwszej żonie.

Marzenie Ewy zaczęło się spełniać. Wisior ponownie połączył dwa serca. A to oznaczało, że w domu zaczynało się nowe, prawdziwe szczęście.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *