Czoło Elizy płonęło, skóra była lepka i zimna. Alexander spojrzał na nią z niepokojem, a potem uniósł wzrok na Margaret.
— Od kiedy jest w takim stanie?
— Od dwóch dni. Nie mam lekarstw, nie mamy jedzenia. Próbowałam zejść do miasta, ale ktoś mnie prawie rozpoznał. Jeśli nas znajdą… rozdzielą nas. Mnie zamkną, a ją zabiorą. Nie mogę… po prostu nie mogę.
Głos jej zadrżał. Alexander milczał. Nie znał szczegółów, ale wiedział jedno: Margaret przed czymś uciekała. Albo przed kimś. Była u kresu sił, a dziewczynka… jeśli nie dostanie pomocy, może się to źle skończyć.
— Przyniosę wszystko, co będę mógł, — powiedział nagle. — Jedzenie, wodę, może coś na gorączkę.
Margaret spojrzała na niego podejrzliwie.
— Dlaczego miałbyś to zrobić? Nie znasz mnie.
— Bo wiem, co znaczy być samemu. I bo… gdyby ktoś zrobił to samo dla mnie rok temu, może dziś nie byłbym w tym miejscu.
Nie odpowiedziała. Tylko skinęła głową. Alexander wstał, zostawił swój plecak i ruszył do miasta. Nie miał pieniędzy, ale miał ręce. I cel.
Następne godziny spędził, szukając nie pieniędzy, lecz okazji. Starsza kobieta pozwoliła mu ponieść jej zakupy w zamian za kanapkę. Chłopak z piekarni dał mu dwa czerstwe bochenki chleba. Farmaceuta, widząc jego spojrzenie, podał mu pudełko przeterminowanych tabletek.
— Nie są idealne, ale… może pomogą.
Wieczorem wrócił do chaty. Margaret się wzdrygnęła, gdy usłyszała hałas, ale kiedy zobaczyła jego ramiona pełne darów, łzy napłynęły jej do oczu.
— Wróciłeś… naprawdę wróciłeś.
— To niewiele, ale to początek, — uśmiechnął się. — I nikomu nie mówiłem. Obiecuję.
Margaret zagotowała wodę w zardzewiałym garnku i podała Elizie do picia. Alexander przetarł jej czoło wilgotną chustką. Dziewczynka jęczała przez sen, ale już nie majaczyła. Gorączka zaczęła ustępować.
— Czy mogę zostać na kilka nocy? — zapytał nieśmiało. — Nie chcę przeszkadzać. Mogę pomóc.
— Jeśli nie boisz się przeklętego miejsca, — westchnęła Margaret. — Zostań. Może już nie jesteśmy tacy samotni.
Dni mijały powoli, jeden za drugim. Alexander codziennie chodził do miasta, wykonywał drobne prace, przynosił jedzenie. Każdego wieczoru wracał do chaty. Margaret coraz częściej się uśmiechała. Eliza zdrowiała. Mówiła. Śmiała się.
— Alex… dlaczego śpisz na podłodze? — zapytała pewnego wieczoru. — Możesz spać z nami. Jesteśmy rodziną, prawda?
Spojrzał na nią z zaskoczeniem, a potem się uśmiechnął:
— Może rzeczywiście tak jest.
Ale spokój nie trwał długo.
Pewnego popołudnia Alexander wracał z torbą jabłek. Z oddali zauważył czarny samochód zaparkowany w pobliżu chaty. Zimny dreszcz przeszedł mu po plecach.
Zbliżył się ostrożnie. W środku siedzieli dwaj mężczyźni w garniturach. Jeden trzymał teczkę. Drugi — zdjęcie Margaret.
„Znaleźli ich…”
Nie tracąc czasu, Alexander wszedł przez tylne drzwi. Margaret zadrżała na jego widok, ale on powiedział tylko:
— Musimy uciekać. Teraz. Oni tu są.
Nie zapytała „kto?”. Po prostu zrozumiała. W minutę spakowała kilka rzeczy, owinęła Elizę w koc i wyszli tylnym wyjściem. Alexander prowadził ich przez rzadki las w stronę starej linii kolejowej.
— Dokąd idziemy? — szepnęła Margaret.
— Tam, gdzie nikt nas nie znajdzie. Gdzie możemy zacząć od nowa.
Trzy miesiące później, w małym miasteczku, w skromnym, ale czystym domku, Margaret obsługiwała gości w lokalnej kawiarni. Alexander pracował w warsztacie rowerowym. Eliza chodziła do szkoły z nowym plecakiem i uśmiechem na twarzy.
Nikt nie pytał, skąd się wzięli. Nikt nie znał ich historii. A oni nie opowiadali.
Ale każdego wieczoru, gdy drzwi się zamykały, a światło gasło, troje ludzi szeptało to samo:
— Dziękuję. Za ten dzień. Za nas. Za wszystko.