Wyszłam za mąż, gdy nie miałam jeszcze dziewiętnastu lat. Wydawało mi się, że jestem już dorosła, nie słuchałam rad mamy, żeby się ustabilizować, mieć własne mieszkanie, nie być od nikogo zależną finansowo. Zakochałam się do szaleństwa i wydawało mi się, że to wystarczy, aby ułożyć sobie życie z moim ukochanym.
Po ślubie przyszło mi się zmierzyć z rygorami życia rodzinnego. Mieliśmy jeden pokój w mieszkaniu rodziców mojego męża. Moja teściowa i teść byli w pokoju obok, siostra męża z rodziną w następnym, trochę dalej. Były kolejki do toalety i łazienki, kłótnie o to, kto komu ukradł jedzenie z lodówki itp. Były to drobiazgi, ale jednak męczące a do tego wszystkiego ciągle mnie monitorowali, czy może już jestem w ciąży, to była obsesja moich teściów. My z mężem nie chcieliśmy tak od razu mieć dzieci, chcieliśmy jeszcze skosztować trochę swobody, bez obowiązków rodzicielskich.
Z krewnymi mojego męża nie było poważnych konfliktów, byli dobrymi, zwykłymi ludźmi, ale stereotyp posiadania dziecka w dziewięć miesięcy po ślubie, był mocno zakorzeniony w ich umysłach.
Dwa lata później urodziłam córkę, dokładnie w wyznaczonym terminie, praktycznie bez pomocy położnej. Potem nastąpiła długa przerwa, nie mogłam zajść w ciążę. Nadal męczyliśmy się w tym samym pokoju, nie było nas stać na własne mieszkanie. Teściowa podejrzliwie patrzyła na mnie i na męża, ciągle coś dogadywała, że powinniśmy już mieć drugie dziecko. Wszyscy wywierali na nas dużą presję.
Druga córka urodziła się siedem lat później, a my nadal byliśmy w tej ciasnocie, lecz nie mieliśmy żadnych perspektyw na własne, chociaż dwa pokoje.
Po jakimś czasie siostra męża wyprowadziła się z rodziną. Jej mąż starał się o mieszkanie zakładowe i wreszcie im się udało dostać, co prawda do remontu, ale to nie było ważne. Bardzo się cieszyli własnym kątem, można im było tylko pozazdrościć i pogratulować. Nam się troszkę rozluźniło, bo dostaliśmy drugi pokój.
Po kilku latach zupełnie niespodziewanie, dowiedziałam się, że znowu jestem w ciąży. Jakież było nasze zdziwienie, gdy powiedziano nam, że będziemy mieli jeszcze trojaczki, trzech chłopców. Radość męża była ogromna, zawsze chciał mieć syna, a tu naraz trzech.
Trudno było żyć z piątką dzieci, mąż sam pracował, teściowie już starsi, ale pomagali jak mogli przy dzieciach, szczególnie finansowo, chociaż wcale im się nie przelewało.
Kiedy już nasza najstarsza córka Ania skończyła technikum, wyjechała z koleżanką do pracy w Anglii. Bardzo nam pomagała, regularnie wysyłała pokaźne przekazy pieniężne. Bez jej pomocy byłoby o wiele trudniej wychowywać wszystkie pozostałe dzieci. Po jakimś czasie nasza córka mocno stanęła na nogi, kupiła swoje mieszkanie i samochód. Poznała tam wspaniałego chłopaka i wyszła za mąż, teraz mieszkała na stałe za granicą i nadal nam pomaga jak może.
Patrząc na nią, przypomina mi się moja mama i jej rady dotyczące stania na własnych nogach na długo przed ułożeniem sobie życia rodzinnego. Radzę też moim pozostałym dzieciom, aby nie spieszyły się z zawieraniem małżeństw. Najpierw muszą mieć dobrą pracę i mieszkanie, aby mogli w nim swobodnie żyć i wychowywać dzieci. Mają mój osobisty przykład, ale nie jestem pewna, czy wezmą moje rady pod uwagę, tak jak ja nie słuchałam mojej mamy.
Mam nadzieję, że będą miały w życiu trochę więcej szczęścia niż ja, i że kiedy już będą samodzielne pod każdym względem, dochowam się wnuków. Gdyby jednak tak się nie stało, nigdy nie będę im wypominać, że nie mają dziecka. Jedni pragną mieć dzieci i nie mogą, drudzy nie chcą, bo robią karierę. To jest każdego indywidualna i prywatna sprawa, nie można nikogo ponaglać, ani gnębić za brak potomstwa.