W małej wiosce wszyscy zazdrościli jednej starszej kobiecie… Prawda jednak okazała się być bardzo smutna.

W małej wiosce wszyscy zazdrościli jednej starszej kobiecie… Oczywiście, jeśli oceniać według miastowych standardów, nie była to starsza kobieta, ale w małej wiosce, gdy ktoś miał 58 lat uznawany był za starego.
Nazywała się Alina Tkaczykowniak ale wszyscy mówili na nią „ Pani Alutka”. I wszyscy jej bardzo zazdrościli, naprawdę bardzo.

Ta „Pani Alutka” sama wychowała dwoje dzieci. Jej mąż utonął w stawie podczas pijackiej imprezy dawno temu. To ona sama wychowała i wykształciła swoje dzieci – córkę i syna.

Najpierw dzieci uczęszczały do szkoły w swojej wsi, potem uczyły się w liceum w pobliskiej miejscowości, a następnie matka wysłała ich na studia do dużego miasta – najpierw córkę, a potem syna. Pomagała im jak mogła, wysyłała pieniądze i żywność. A sama została na wsi. Pracowała na farmie, miała sad i ogródek oraz krowy i kury.
To wszystko było bardzo męczące, nie było nikogo, kto mógłby jej pomóc; ale Alutka sobie radziła. Dzieci ukończyły studia i pozostały w mieście, znalazły dobre posady i założyły swoje rodziny. Wszystko szło im doskonale.
Każdego weekendu Alutka jeździła do miasta na targ, by sprzedawać jajka, nabiał i warzywa, a potem zostawała u dzieci w gościnie, raz u syna, a raz u córki. A oni bardzo cieszyli się z odwiedzin matki. Wdzięczni matce, za jej miłość i opiekę oraz za wszystko, co dla nich robiła, dogadzali jej jak tylko mogli. Dawali jej piękne szale, płaszcze, a nawet i buty. Kupowali bilety do teatrów i na koncerty. Karmili ją przysmakami.

Tkaczykowniakowa była szczęśliwa widząc, że dzieci ją kochają i doceniają jej wysiłek włożony w ich wychowanie.
Po powrocie opowiadała wszystkim o swojej podróży, jak przyjęły ją dzieci, co robili i pokazywała prezenty od nich. Nie przechwalała się, po prostu była dumna z tego, że jej dzieci wyrosły na dobrych ludzi.
A ludzie jej zazdrościli. Jak nie zazdrościć? Nie każdy ma tak wspaniałe dzieci i tak dobre relacje z nimi. A Alutce się udało!
Taka szczęśliwa sytuacja trwała kilkanaście lat.
Potem przestali zazdrościć. Staruszka ciężko zachorowała. Sąsiedzi zaniepokojeni tym, że nie widzieli kobiety tego dnia, postanowili ją odwiedzić i sprawdzić, co się dzieje.
Kobieta leżała w łóżku, strasznie kaszlała i miała wysoką gorączkę. Sąsiedzi podali jej tabletkę od gorączki, wezwali lekarza i chcieli natychmiast zadzwonić do dzieci.
Ale Alutka nie chciała, żeby do nich dzwonili. Leżała i kręciła głową; „nie dzwońcie, nie niepokójcie moich dzieci!”. Potem, gdy straciła przytomność, jednak zadzwonili. I wtedy wiele się wyjaśniło. A prawda była bardzo smutna…

Dzieci dawno nie zapraszały matki do siebie. Kobieta dzwoniła do nich, ale tłumaczyli jej, że na razie nie mają czasu. „Teraz mamy remont” albo „jedziemy na wakacje”. Remonty, przeprowadzki, własne dzieci, dużo pracy i mnóstwo innych spraw. Zawsze ją czymś zbywali.
Ale oczywiście dzieci nie porzuciły matki całkowicie. Wysyłały jej piękne kartki z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Czasami zadzwonili z własnej inicjatywy. Niby wszystko było w porządku, tylko widywali się bardzo rzadko.
A te wszystkie prezenty – te szale, płaszcze, pierścionki i bransoletki- to staruszka sama sobie kupowała. Kłamała – żeby jej dzieci były uważane za dobre i kochające. Żeby ludzie się nie śmiali, że oddała im wszystko, a oni teraz nie mają dla niej czasu! Nie mogła pozwolić, żeby jej historia była taka sama jak innych…
I Alutka osiągnęła swój cel.
Nikt się nie śmiał.
A nawet wiele osób płakało… Gdy odprowadzali ją na małe cmentarzysko pod górą. Jej dzieci też płakały. W końcu przyjechały na wieś. Patrzyły na „prezenty”, które niby dali matce, i płakały.
Tylko już za późno było na łzy.
Nic nie mogli zrobić…

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *