Mamy z mężem dwójkę dzieci. Nasza starsza córka od wielu lat mieszka za granicą, a młodszy syn Jarosław, zamieszkał z żoną i naszymi wnukami, w trzypokojowym mieszkaniu w stolicy. My sami pochodzimy z niewielkiej, pobliskiej wsi.
Kiedyś ze Stefanem wszystkie święta obchodziliśmy w domu. Jednak w tym roku, postanowiliśmy pojechać na Wielkanoc do syna, ponieważ Jarek i Marysia, zaprosili nas do siebie. Pomyślałam sobie, że razem pójdziemy do pobliskiego kościoła, poświęcimy koszyczek, a potem skosztujemy wielkanocnego ciasta mojej synowej. Nie zapomnieliśmy też zabrać nasze smakołyki. Postanowiliśmy jednak, że wystarczy, jak upiekę tylko dwa ciasta.
Wszystkie moje oczekiwania zostały jednak zburzone przez surową rzeczywistość. W stolicy, czekała na nas ze Stefanem niespodzianka.
Pojechaliśmy autobusem w piątek wieczorem. Mój syn już czekał na przystanku i zabrał nas do domu. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, gdy w mieszkaniu nie zobaczyliśmy ani jednej ozdoby, która przypominałaby o nadchodzących świętach.
Marysia nawet nie pomyślała, żeby upiec wielkanocne ciasto, czy przygotować pisanki. Nie potrafiłam jej zrozumieć. Przecież mogła to wszystko zrobić ze swoimi dziećmi, byłoby to dla nich, naprawdę dużą frajdą.
Zamiast tego, synowa stwierdziła, że nie ma czasu na takie bzdury. Przecież istotą tego święta, jest coś zupełnie innego, niż jedzenie. Ja to oczywiście rozumiem, ale tradycją jest przygotować świąteczne potrawy, cały rok się na to czeka. Jarosław oczywiście zgadzał się razem z żoną, mimo, że my dawaliśmy im zupełnie inny przykład.
Dzieci powiedziały, że chętnie spróbują naszego wielkanocnego ciasta, ale nie chce im się przygotowywać wielkanocnego koszyka i różnych potraw. Będą mieli większą przyjemność, jeśli kupią wszystko, czego potrzebują w supermarkecie i w przeddzień świąt, odpoczną w domu z rodziną. Jak dla mnie, kupne ciasta nie mają tej duszy.
Oczywiście nie uczestniczyliśmy w nabożeństwie i nie wzięliśmy żadnych koszyczków do poświęcenia. W niedzielę Marysia zaproponowała, żebyśmy się porządnie wyspali i poszli na spacer do ogrodu botanicznego. Powiedziała, że wszystko tam pięknie kwitnie, więc będzie można zrobić wspaniałe zdjęcia.
Wszystko rozumiem, ale…
Resztę dnia spędziliśmy w restauracji, gdzie młodzi ludzie, uraczyli nas sushi i pizzą. Niby było to pyszne, ale dla Stefana i dla mnie, wydawało się dość dziwne.
Dziś wróciliśmy do domu. Mamy z mężem mieszane uczucia. Świetnie bawiliśmy się z wnukami i spacerowaliśmy po ulicach stolicy, ale ominęła nas Wielkanoc.
Jakie są Wasze odczucia, związane z obchodzeniem Świąt?