Moja czteroosobowa rodzina mieszka w dwupokojowym mieszkaniu. Mamy dwójkę dzieci- pięcioletniego syna i półtoraroczną córkę. Od dziesięciu lat pracuję w biurze i obecnie to ja utrzymuję rodzinę. Gdy syn miał trzy lata, moja żona wróciła do pracy, ale na krótko, bo okazało się, że jest w ciąży. Od urodzenia córki, żona przebywa na urlopie macierzyńskim.
Mieszkanie odziedziczyłem po dziadku. Moi rodzice mieszkają w innym mieście, ale w miarę możliwości przyjeżdżają do nas i często pomagają nam finansowo, tak po prostu, sami z dobrej woli. Ja nigdy ich o nic nie prosiłem.
Pewnie zastanawiacie się, po co ten długi wstęp? Ano po to byście zobaczyli, jak różne jest zachowanie moich rodziców i teściowej.
Tak jak pisałem, moi rodzice, choć sami mają niewiele pieniędzy, pomagają nam, ile mogą. Rozumieją, że z jednej wypłaty i zasiłku, z dwójką dzieci, trudno związać koniec z końcem. Natomiast teściowa traktuje nas jak bankomat, przychodzi i żąda pieniędzy.
Matka żony mieszka w czteropokojowej kamienicy w starym budownictwie. Płaci olbrzymie rachunki za ogrzewanie, dlatego namawiamy ją do sprzedania tego mieszkania, bo po co samotnej kobiecie tyle pokoi. Za pieniądze ze sprzedaży kupiłaby sobie kawalerkę lub jakieś dwupokojowe mieszkanie. Może wtedy wystarczałoby jej na życie, bo wbrew pozorom, teściowa ma całkiem przyzwoitą emeryturę po mężu i gdyby zaczęła rozsądnie gospodarować pieniędzmi, niczego by jej nie brakowało. Ale ona, po pierwsze nie chce słyszeć o sprzedaży domu, a po drugie ma problem z ograniczeniem zakupów. Wszystko zaczęło się po śmierci teścia. Teściowa nie mogła przyzwyczaić się do tego, że wszystko jest na jej głowie i że ze wszystkim musi radzić sobie sama. Zaczęła „zajadać” problemy. Kupuje dużo produktów spożywczych i dużo gotuje. Niby nie powinno mnie to obchodzić, ale ona kupuje drogie produkty, na które nie bardzo ją stać, a później brakuje jej pieniędzy i przychodzi do nas po pomoc. Nie po pożyczkę, ona przychodzi z konkretnym żądaniem, że mamy jej dać i nie ważne, czy mamy te pieniądze.
Tak było i ostatnim razem. Przyszła i od progu zaczęła lamentować, jaka to ona biedna i na nic jej nie stać. Rozsiadła się w kuchni i cały czas mówiła o tym, jacy to my jesteśmy bogaci i na pewno nie sprawi nam kłopotu, danie jej paru złotych. Pomimo tego, że słyszała płaczące dzieci, nie zapytała, co się dzieje, tylko cały czas przekonywała mnie o konieczności wsparcia jej finansowo.
Wybrała bardzo zły czas na taką rozmowę, bo byłem wykończony po nieprzespanej nocy. Dzieciaki złapały jakąś infekcję z wysoką gorączką i wymiotami. Praktycznie nie zmrużyliśmy oka z żoną. I chyba zmęczenie sprawiło, że nie wytrzymałem i powiedziałem teściowej kilka słów prawdy. O kredycie na samochód, o potrzebach dzieci i opłatach. Na koniec powiedziałem, że nigdy nie pyta o wnuki, że nigdy nic im nie kupiła, nawet głupiej czekolady, tylko cały czas wyciąga od nas pieniądze, a nam się wcale nie przelewa. Nie jestem jakimś tam sknerusem, ale sami powiedzcie, ile można?
Teściowej nie spodobała się moja odpowiedź, wyzwała mnie od samolubnych egoistów i wyszła, głośno trzaskając drzwiami.
Żona obraziła się na mnie i nie rozmawiała ze mną, dlatego postanowiłem, że dla świętego spokoju jeszcze tym razem zapłacę teściowej zaległe rachunki.
Traf chciał, że dwa dni później zauważyłem moją teściową w markecie. Cały koszyk miała wypakowany zakupami i powiem wam, że większość tych rzeczy można było uznać za artykuły luksusowe.
I co wy myślicie o całej tej sytuacji? Bo ja czuję się wykorzystywany.
Moja teściowa mnie wykorzystuje i cały czas chce pieniędzy.