Oboje uważają, że dzieci są po to, pomagać dorosłym. Nie mają prawa mieć swoich spraw, zainteresowań, a ich głównym zadaniem jest robić to, co mówią starsi. W dzieciństwie nienawidziłam wakacji. Wszystkie dzieci bawiły się, spacerowały, czytały ciekawe książki, odpoczywały, a ja od rana do wieczora musiałam myć podłogi, odkurzać, podlewać ogród, zbierać warzywa, karmić kury, sprzątać na podwórku. Nie miałam czasu na dziecięce zabawy. Smuciło mnie, że niektórzy wyjeżdżają na obozy, chodzą do przyjaciół, a ja jestem darmową siłą roboczą.
Byłam uczennicą na medal, dobrze się uczyłam, a za moje sukcesy w nauce kilka razy chcieli mnie wysłać na wycieczki, ale rodzice zabronili: uważali to za nonsens. Po raz pierwszy nad morze pojechałam z mężem po ślubie. Teraz mam własną rodzinę, syn jest w szóstej klasie. Moi rodzice uważają, że chłopiec powinien im pomagać, a raczej harować dla nich. Mój syn nie lubi do nich jeździć, a ja go popieram i nie zmuszam. Mama dzwoni i gani mnie, że wychowuję lenia. Kiedyś jeździł do nich, ale teraz odmawia: co to za dziadkowie, którzy gonią wnuka do pracy?
Moi rodzice mieszkają na wsi, zawsze mają pełno spraw do załatwienia. Czasami wysyłałam do nich syna. Wracał niezadowolony, bo babcia nie dawała mu spać, budziła go o siódmej rano i kazała zajmować się zwierzętami i ogrodem. W zeszłym roku mój syn oświadczył, że nie pojedzie do nich więcej: nie próbowałam go przekonywać. Mama dzwoni i domaga się, żebym wysłała dziecko do nich. Zrujnowali moje dzieciństwo, teraz nie pozwolę im zepsuć dzieciństwa mojego syna. Uważa mnie za złą matkę, oskarża mnie, że wychowują lenia. A ja nie po to urodziłam syna, aby był bezpłatnym pracownikiem dla moich rodziców. Bez skutku tłumaczę im, że dzieci powinny cieszyć się dzieciństwem.