Ja i moja żona długo czekaliśmy na nasze pierwsze dziecko. Leczenie, testy, leki, wiele łez i wydanych pieniędzy. W końcu dwie kreski. Mieliśmy mieć chłopca. Byliśmy tak szczęśliwi, nie mogłem się doczekać narodzin dziecka, wyobrażałem sobie jak będziemy razem łowić ryby, jak będziemy jeździli na wakacje, jak nauczę go pływać, jeździć na rowerze i jak będziemy rozmawiać o życiu.
Przez całą ciążę spełniałem wszystkie zachcianki mojej żony. Słone ogórki, lody w środku nocy, ciastka z keczupem. Pomagałem jej w domu, robiłem porządki, oglądaliśmy razem seriale, podawałem jej śniadanie do łóżka. Kiedy dziecko przyszło na świat, zamieniłem mój gabinet na pokój dziecięcy, udekorowałem całe mieszkanie kwiatami i przygotowałem dla mojej ukochanej żony prezent – wspaniały pierścionek z diamentem.
Wstawałem do dziecka w nocy, zmieniałem pieluchy, kąpałem go, spacerowałem z nim, ale po kilku miesiącach drastycznie się zmieniłem. Przeprowadziłem się do innego pokoju, żeby dziecko nie przeszkadzało mi spać, zacząłem zostawać dłużej w pracy, wychodziłem z domu z dowolnego powodu. Tak wyglądały wtedy nasze rozmowy:
– On ciągle płacze. Jaką Ty jesteś matką, nie możesz nawet uspokoić dziecka. Głowa mi już pęka.
– Co? Jaką ja jestem matką? Jakim ty jesteś ojcem? Przeprowadziłeś się do innego pokoju, w ogóle nie pomagasz. Jakby to było tylko moje dziecko. Ty jesteś jego ojcem, weź go i go uspokój!
A kiedy dziecko skończyło pół roku wyszedłem z domu z walizkami.
– Nie mogę tak dłużej. Mieszkanie jest Twoje, finansowo pomogę, ale zamieszkam z rodzicami. Nie jestem jeszcze gotowy na bycie ojcem. Zrozum, jeśli możesz…
Wiem, że moja żona długo nie mogła dojść do siebie. Nie rozumiała powodu takiego zachowania.
– Nie jesteś gotowy na ojcostwo? Masz już trzydzieści lat, kiedy będziesz? – rodzice też próbowali ze mną rozmawiać, ale bezskutecznie.
– Może ma inną?
– Nie, Kasiu, nie ma… – słyszałem jak moja mama rozmawia z moją żoną przez telefon. – Po pracy od razu wraca do domu, kolacja, telewizor, komputer i spać. Zauważyłabym. Nie, to niemożliwe.
Minął rok. W tym czasie przyjechałem do dziecka trzy razy, brałem go na ręce, a kiedy zaczynał płakać, przestraszony oddawałem go żonie. Ona już przyzwyczaiła się do tego, że sama musi troszczyć się o dziecko. Mama i teściowa jej pomagały, a ja tylko finansowo.
Teraz powoli dociera do mnie, jaki błąd popełniłem. Po prostu się przestraszyłem, sam nawet do końca nie wiem czego. Może przeraziło mnie to, że tak bardzo zżywam się z synem, że staje się dla mnie całym światem? Myślę, że chciałbym spróbować wrócić do żony i dziecka, ale z dystansem i powoli. Tylko jak ją przekonać, by mi wybaczyła i znów zaufała?