Nasza rodzina była duża – rodzice i pięcioro dzieci. Mieszkaliśmy w ogromnym mieszkaniu składającym się z czterech pokoi. Ja i trzy moje starsze siostry, jedna po drugiej wyszły za mąż i przeniosły się do innego miasta. Miałyśmy swoje rodziny, dzieci i swoje problemy, ale starałyśmy się spotykać jak najczęściej. Mieszkałam najbliżej, ciągle odwiedzałam swoich rodziców. Kilka lat po moim wyjściu za mąż, mój brat uległ wypadkowi i niestety zmarł. Nasz ojciec nie mógł dojść do siebie po tym ciosie, po miesiącu też odszedł.
Mama bardzo przeżywała te straty: zachorowała, zaczęłam odwiedzać ją coraz częściej, a siostry ciągle mówiły, że nie mają czasu i mają dużo obowiązków. Zaproponowałam mamie, żeby przeprowadziła się do mnie, ale odmówiła, nie żyła długo. Miałam takie uczucie, że to mieszkanie było jakby przeklęte. Po stracie rodziców i brata pojawiło się pytanie o spadek: porozmawiałyśmy z siostrami, postanowiłyśmy, że sprzedamy nieruchomość i każda otrzyma swoją część w gotówce.
Okazało się, że do uregulowania spadku brakuje jednak jakichś dokumentów i trzeba załatwić mnóstwo urzędowych spraw, co siostry zrzuciły na mnie. Jedna kłóciła się ze mną, mówiąc, że powinnam sama się tym zająć, bo mam dużo czasu i możliwości, a reszta oczywiście stanęła po jej stronie. Niedawno zauważyłam, że najstarsza zaczęła remontować mieszkanie. Powiedziałam, że nie mam nic przeciw, jeśli będzie tam mieszkać, ale powinna mi przynajmniej oddać moją część, a ona trzasnęła mi drzwiami przed twarzą.
Powiedzcie mi, czy nie mam racji, że należy mi się w nim udział? Nie chcę być materialistką, szczególnie po tym, jak straciłam rodziców i brata, ale to ja byłam przy mamie na każde życzenie.
