Nie wiem, jak można było oczekiwać ode mnie, że będę żałować takiego człowieka, który był dla mnie i moich dzieci bestią. Jak można uważać za człowieka kogoś, kto rzucał się na mnie z pięściami, zapijał do nieprzytomności i zostawiał mnie z dziećmi samą, by iść na hulanki z kumplami?
Kiedy wreszcie zdecydowałam się odejść od tego potwora, moi teściowie od razu znaleźli kogoś, kogo można obwinić. Mnie. Tak, to ja jestem winna, że ich syn był alkoholikiem, że niszczył nasze życie.
Przez lata patrzyłam na to, jak moje dzieci cierpią z powodu jego przemocy i nadużywania alkoholu. Czułam się bezsilna, zrozpaczona i przerażona. Pierwszy raz uderzył mnie dwa lata po ślubie. Dlaczego? Nie mam pojęcia, coś mu się chyba nie spodobało.
A moi teściowie? Oni wciąż bronili swojego synka, mówili, że to tylko chwila słabości, że go rozumieją, bo przecież to ich jedyny syn. I oczekiwali ode mnie, że będę mu wybaczać i stać po jego stronie.
Jak powiedziałam im, że myślę o rozwodzie, to teściowa prawie zeszła na zawał:
– Co ty zrobisz sama z dziećmi? Nie możesz ich zabrać naszemu Bogdanowi. On tego nie przeżyje, załamie się biedaczyna, zapije na śmierć. Trzeba było myśleć wcześniej, jesteś żoną, nie możesz już myśleć tylko o sobie.
On przecież nawet własnej matki nie szanował, a ona stała tak za nim. Potrafił rzucać się na nią i wyrywać jej włosy w pijackim amoku. Chciał nawet podpalić dom razem z rodzicami w środku. Tylko co z tego, skoro oni tłumaczyli to tym, że ich „kochany syn” ma sporo zmartwień i czasem musi się napić. A po alkoholu, wiadomo…
Odeszłam z dziećmi, zabrałam ich z tego piekła, które kiedyś nazywało się domem. I teraz gdy patrzę na ich spokojne twarze, wiem, że podjęłam jedyną słuszną decyzję.
Niestety Bogdan zapił się na śmierć po naszym odejściu. Gdy zabrakło jedynej osoby, która go pilnowała, stoczył się na dno. Teściowie jednak nie chcą mi odpuścić. Wydzwaniają i wysyłają mi obrzydliwe wiadomości. Wyzywają od morderczyń i mówią, że moje dzieci będą smażyć się w piekle.
– Bogdan nie żyje przez Ciebie, to z miłości do dzieci odebrał sobie życie. Zabrałaś mu je, zniszczyłaś biednego człowieka – krzyczał teść.
Już nie wspomnę, ile wyzwisk usłyszałam, wolę Wam tego oszczędzić.
Ci ludzie nie pamiętają już, że ich syn latami zatruwał życie zarówno nam, jak i im.
O mnie się nie martwię, ale drżę o dzieci. Ostatnio teściowa czekała na nie pod szkołą, a jak tylko zobaczyła, że wychodzą, zaczepiała je i krzyczała, że to ja zabiłam im kochanego tatusia.
Dzieci się boją. Uwolniłam nas od toksycznego alkoholika i ściągnęłam sobie na głowę chorych psychicznie rodziców.