Ja naprawdę bardzo lubię przyjmować gości. Uwielbiam gotować i stawiać na stole wszystko, co mam. Ale co innego przyjechać na herbatę i ciasto, a co innego na solidną wyżerkę.
Mój syn i córka założyli już swoje rodziny, oboje mieszkają na tym samym osiedlu, tylko każde kilka bloków dalej. Mają już też dzieci – syn ma dwie córki bliźniaczki, chodzą już do podstawówki, a córka ma starszego synka i też młodszą córeczkę. Bardzo fajne dzieci, grzeczne, mądre, nie sprawiają żadnych problemów. To skarb mieć ich tak blisko siebie. Zresztą, nie tylko obecność wnuków doceniam. Dzieci tak blisko pod ręką, to też coś nieocenionego. I zawiozą mnie do lekarza, i pomogą z zakupami zimą.
Dobrze nam się żyje, nie mogę na to narzekać. Poza jednym…
Przysyłają wnuki codziennie po szkole do mnie, a i sami parę razy w tygodniu przychodzą zaraz po pracy. A jak przychodzą, wiadomo… Jedzą.
Kiedyś to jeszcze pytali, czy dzieci mogą przyjść po szkole zaczekać u mnie i czy ich nakarmię. Ale teraz już nawet nikt nie czeka na zaproszenie. Wszyscy przyjmują, że obiad to u babci i przyjeżdżają na gotowe.
A ja jestem zdruzgotana, bo leki coraz droższe, rachunki też idą w górę, a tu jeszcze wydaję na jedzenie dla tylu osób. Nie rozumiem, niby te moje dzieci takie są wykształcone, a nie wpadną na pomysł, żeby może się zlożyć albo przywieźć gotowe produkty.
Wszyscy przychodzą z pracy i ze szkoły i rozsiadają się wygodnie przy stole, a ja biegam i gotuję. Zaparzam kawę, herbatę, nakładam na talerze, a później jeszcze sama muszę pozmywać. Przecież sami mnie chyba rozumiecie, dla jednej osoby, gdzie zdrowie już nie to, to za dużo.
Nie mówię im wprost, bo mam nadzieję, że domyślą się sami. Nie chcę im sprawiać przykrości, bo zawsze mi pomogą, nigdy nie krzywdzą sobie, żeby gdzieś mnie zawieźć, coś pomóc załatwić.
Ostatnio się złapałam na tym, że już nawet nie cieszę się z odwiedzin ani wnuków, ani dzieci. Sąsiadka opowiadała mi, jak to ona już nie może doczekać się aż jej córka przyjedzie z dziećmi, a ja najchętniej zamknęłabym mieszkanie na klucz i nikogo nie wpuszczała.
I te moje dzieci jeszcze przy stole potrafią narzekać, jakie to wszystko w sklepach jest drogie. Ostatnio całą godzinę o tym debatowali. A co ja mam powiedzieć? Ja z moją maleńką emeryturę żywię im dzieci, ich i jeszcze siebie.