Mój mąż i ja rozumieliśmy się doskonale, ale było tak tylko przez kilka lat po ślubie. Po jakimś czasie ciągle się kłóciliśmy, ale ukrywałam przed matką i dziećmi, że mam problemy.
Nie chciałam, żeby mama widziała, jak bardzo mi źle, więc zawsze mówiłam, że w moim małżeństwie jest dobrze i jestem szczęśliwa. W moim małżeństwie miałam córki, które wyrosły na mądre i piękne, a po ukończeniu szkoły przeniosły się do innego miasta, by kontynuować naukę. I tak, kiedy mój mąż i ja zostaliśmy sami, zdaliśmy sobie sprawę, że nie mamy o czym rozmawiać, że nudzimy się razem.
Zażartowałam do bliskiej przyjaciółki, że nie mamy o czym rozmawiać poza naszymi dziećmi, a Ira, po wysłuchaniu mnie, powiedziała, że to właściwie normalne, że przechodzimy kryzys, przez który musimy po prostu przejść.
Poradziła mi, żebym zapomniała o książkowej miłości i po prostu żyła i cieszyła się życiem. Nie mogłam tego zrobić, ponieważ nie mogłam zrozumieć, jak to się stało, że będąc tak blisko, oddaliliśmy się od siebie. Pewnego dnia mój mąż wrócił do domu i powiedział, że musi jechać do pracy na wieś i zostanie tam przez jakiś czas. Ponieważ nie rozmawialiśmy ze sobą przez większość czasu, nie powiedziałam nic szczególnego,
Myślałam, że to już koniec – rozwód i koniec mojego życia małżeńskiego. Minęło trochę czasu i zdałam sobie sprawę, że tęsknię za mężem, ale nie chciałam do niego dzwonić.
Pewnego dnia wróciłam z domu moich córek, spojrzałam i nie mogłam uwierzyć własnym oczom – mój mąż stał przy kuchence, gotował obiad, stół był nakryty. Stałam tam i byłam zaskoczona, a on kazał mi umyć ręce i usiąść przy stole.
Kiedy zapytałam, co to za święto, podszedł do mnie, przytulił mnie i powiedział, że tęskni za mną i chce, żebym czuła się dobrze. Obiecał, że jeszcze nie raz mnie zobaczy i wiesz, wydaje mi się, że staliśmy się sobie bliżsi i młodsi o całe dekady.